Kończące się październikowe dni zwykle opiewają nutą refleksji związanej ze zbliżającym się listopadem, który wprowadza nas w zadumę nad życiem i śmiercią. Przemierzając trasę przez południe Polski i bieszczadzkie wzgórza a także drogi usłane spadającymi z drzew złotymi liśćmi, można przeżyć rozkosz estetyczną. Po lekko mroźnej minionej nocy przez niemal całą drogę towarzyszyły spadające resztki liści żegnające się z pniem, któremu wiele zawdzięczają liście za wspólnie przeżyty sezon. Ta sceneria mocno koresponduje z przeżywanym czasem świąt Wszystkich Świętych i Świętem Zmarłych. Jest wczesny poranek. W wielu miejscach gęsta mgła okryła ziemię, niczym puch śniegowy w dni grudniowe. Co pewien czas zauważyć można resztki gospodarskiej troski rolników krzątających się nad zbiórką kukurydzy. Im bliżej granicy słowackiej słupek rtęci mknie w górę komunikując o nastającym pięknym i ciepłym, słonecznym dniu jesiennym. A na granicy, gdzie zwykle brać kierowców odpoczywa, tym razem jakieś pustki powstały. Po przekroczeniu granicy jakby inny klimat nastał. Oprócz błękitnego nieba temperatura sięgnęła 16 kresek na plusie. I jak nie oddać się spontanicznej refleksji piękna życia, gdy wokół przyroda ku temu nas zachęca. Jednak zejdźmy na ziemię.
Po odcinku drogi pagórkowato-górzystej pierwsza cywilizacja miejska na horyzoncie się zjawiła. To miasto Świdnik, które bokiem mijane rozciąga się panoramicznie na stokach lekkich wzniesień. Za chwilę serpentyny – czas na zawrót głowy. Kolejna miejska osada – miasteczko Preszow. Tu już w pełni tętni życie. Na wielkich tablicach pozostałości z minionych wyborów – lekko przyblakłe twarze i czarujące hasła. Skąd to znamy? Nie trzeba się wgłębiać w owe tajniki, gdyż łatwo pobłądzić w myśleniu. Karuzela „person” także i w Polsce już się zaczęła. Powstaje myśl: jak łatwo może człowiek wyrazić zgodę na swe „powieszenie”. A jaka kariera? Może i tym razem ktoś powie: a jednemu z naszych się udało! Czy to rzeczywiście kariera? Nie czas i miejsce o tym tu dyskutować i polemizować. Wiemy jedno, że „ta krowa, która głośno ryczy – mało mleka daje”. Aż trudno uwierzyć, bo mimo tak późnej pory jesieni, krowy nadal się pasą. Myślę, że te na łąkach słowackich może więcej mleka dają!
Zostawmy jednak te polityczne dygresje i dywagacje. Jedziemy i powoli zbliżamy się do celu naszej podróży – do Koszyc. Jeszcze lekkie wzgórze i już wyraźnie widać rozłożyste miasto, drugie co do wielkości na Słowacji. Tu oprócz siedziby wielu instytucji naukowych, akademickich, administracyjnych, sportowych czy kulturalnych, jest siedziba biskupia diecezji koszyckiej. Czas na spotkania. W pierwszej kolejności wizyta u ks. bpa prof. Stanisława Stolarika – który niegdyś pracował jako filozof na KUL-u w Stalowej Woli. To nie był tylko wspomnienia czar. Wiele tematów zagościło na ustach wspólnej rozmowy. Tuż po sąsiedzku będący na emeryturze mieszka ks. abp Alojzy Tkacz, któremu składam kolejną wizytę. On również przed laty uczestniczył m.in. w konferencjach naukowych w Stalowej Woli. Przywołaliśmy razem wiele przeszłych, ale i bieżących tematów. Podziw mnie ogarnął, gdy usłyszałem, że ks. abp mimo zasłużonej emerytury rygorystyczny tryb życia prowadzi. Codziennie o godz. 4.45 pobudka, a potem skondensowany kalendarz zajęć duchowych, organizacyjnych także i sportowych. Zapytany, skąd taka kondycja i samodyscyplina? Odpowiada: to dyscyplina wewnętrzna i zewnętrzna, która jest drogą do zdrowia i dobrego samopoczucia.
Udajemy się teraz razem na wspólny obiad, gdzie oczekuje na nas urzędujący obecnie w diecezji ks. abp Bernard Bober – biskup koszycki. Podwójna uczta: słowa i stołu. Z racji tej „podwójności” i w czasie również się wydłużyła. Treści rozmowy przeniosły nas w różne strony, nie tylko Europy. Wiele podróży odbyliśmy, snując wieloaspektowe dialogi. To wyjątkowe podróże, które oprócz koncentracji myśli, pewnej gammy uczuć – nic nie kosztują. Zatem pewno i profesjonalne biuro podróży by z nami nie nadążyło. Błogi czas biesiadowania musiał być powoli kończony. Przecież powrót do domu – czekał. Zatem ostatnie sentencje myśli, rozmów, pożegnanie i odjazd. Powrót w części kończącego się dnia szybko mijał. Głowa wypełniona myślami, serce wspomnieniami, wzbogaciły kolejny dzień przechodzący do historii kalendarza życia. Oby tylko „kartka” ta jak najdłużej pozostała świeża, zielona, a nie pożółkła krótkim czasie. To w dużej mierze zależy od nas. Ufać należy, że niebawem kolejna kartka życia tak lub podobnie przeżyta dołączy do kalendarza naszego jestestwa.
Amicus








