Trudno jest pozostać obojętnym na los ludzki jaki zgotował „morderca” Narodowi ukraińskiemu. Reakcje każdego z nas, mogą być względem siebie zupełnie odmienne. Kto, jak reaguje na śmierć niewinnych ludzi, dzieci, osób starszych, żołnierzy, jak reaguje na biedę i katastroficzną sytuację tysięcy rodzin, na zniszczenia i biedę, to kwestia indywidualna. Nie mnie oceniać postawę ludzi, i tych, którzy już kolejny dzień wyczerpani pomagają, i tych co szczycą się tym, że przekazali drobny jakiś gest. To nie czas i pora na prowadzenie takiej refleksji. Dziś, to jest 12 marca (sobota) kolejny raz udałem się do punktu pomocy w Przemyślu, tym razem wraz z Pawłem Pogorzelskim i Nazarem Zaliskym z Ukrainy, wioząc 500 sztuk pączków i drożdżówek by przekazać je dzieciom i matkom szukających pokoju i schronienia. To było kolejne kilkugodzinne doświadczenie, poprzez które uświadomiłem sobie, kim jest człowiek wobec drugiego człowieka, i jaka jest jego wartość. Nasunęła mi się jedna zasadnicza prawda, że los jednego człowieka zależy od drugiego. I w tym miejscu nie były najważniejsze pączki, chociaż ich wartość przekazana wraz z uśmiechem, życzliwym słowem, pamięcią w modlitwie może być - i dla wielu zapewne była - iskrą nadziei. Tak, to prawda. Tym ludziom potrzeba nadziei. Nie bez powodu wielu z nich podchodząc, pytało wprost: „proszę księdza, co to będzie, jak długo to trwać będzie, dokąd będziemy tutaj, co z nami będzie?…”. To tylko przykładowe pytania. Wielu podchodziło pytając: gdzie można się wyspowiadać?, gdzie są księża, z którymi mógłbym/mogłabym porozmawiać?”. Jedna z wolontariuszek, która przyjechała z Gdańska na kilka dni by pomagać, z nutą skargi zapytała mnie: czy seminarium duchowne nie mogło by otworzyć dla nas wolontariuszy część obiektu, byśmy mogli się przespać, wykąpać po paru dniach wytężonej pracy?
I cóż miałem odpowiedzieć na takie pytanie? Wyraziłem jedynie współczucie i podzieliłem te uwagi. Zaznaczyłem tylko, że nie jestem z Przemyśla, i jedynie co mogę pomóc w tym względzie, co zawieźć grupę, albo poza Przemyśl, albo jeszcze dalej, gdzie mogliby przynajmniej chwilę odpocząć. Inni z pytaniem, które w poprzednich artykułach zasygnalizowałem, ponownie powrócili w dniu dzisiejszym, a mianowicie: dlaczego nie ma tu jakiegoś punktu pomocy duszpasterskiej?, gdzie są księża, siostry zakonne?, gdzie są alumni seminarium? Moi bracia towarzyszący mi w tej posłudze mogą poświadczyć, jak wielu uchodźców stawiało te typu pytania. Przykro mi było, gdyż nie potrafiłem na te pytania odpowiedzieć. Myślę, że coraz bardziej owa przykrość daje się we znaki także tym, którzy liczyli i liczą na pomoc kapłańską. Będąc dziś od wczesnych godzin porannych do późnych godzin popołudniowych w punkcie pomocowym w Przemyślu, spotkałem zaledwie jednego kapłana z Niemiec i jednego proboszcza z południowej części diecezji przemyskiej. Jak to zrozumieć? Jako kapłan też nie mogę tego zrozumieć.
Cieszy jednak serce, gdy widzimy ludzi młodych, osoby w średnim wieku, kobiety i mężczyzn, którzy z dalekich stron nie tylko Polski przybywają niosąc pomoc. Idąc od jednego do drugiego boksu, napotykam na starsze panie sprzątające hole, boksy. Podchodzę i pytam, skąd pochodzą?: jedna z nich odpowiada, że przyjechała z Holandii, druga z Belgii. Jest ich tu wiele. Po prostu sprzątają. Po chwili podchodzi do mnie wysoki mężczyzna w wieku ok. 60 lat, i pyta mnie: czy może znam jakąś grupę, która chciałaby jechać do Niemiec. Zapewnia mieszkanie, pracę, wyżywienie. Pytam go, skąd przyjechał? Odpowiada: jestem lekarzem, mam dobre warunki ku temu, abym mógł kilku osobom pomóc. I to jest radość, to jest prawdziwe i szczere dobro. Szkoda tylko, że tego dobra od kilku dni doświadczają uchodźcy ze strony osób świeckich, a tak mało ze strony osób duchownych. Mówi się, że wojna na Ukrainie wiele odkryła prawdy. Przykro o tym powiedzieć, ale wiele prawdy odkryła także o Kościele. Co pozostanie w sercach i pamięci tych, którzy jak sieroty czekają na słowo otuchy, nadziei. Czy jako Kościół będziemy mieć czelność i prawo spojrzeć tym ludziom – nie tylko uchodźcom – ale i wolontariuszom prosto w oczy? Czy dziś stawiane pytania o przedstawicieli Kościoła przejdą szybko w niepamięć? Mam ku temu poważne obawy.
Chcę do tych bezimiennych osób zarówno z Polski, jak i wielu krajów także spoza Europy, jako kapłan, jako członek wspólnoty Kościoła, z całego serca podziękować rzeszom ludzkich otwartych serc za piękną służbę ludziom, a tym samym i Bogu. Czyniłem to, ilekroć podejmowałem rozmowę z wieloma osobami – szczególnie wolontariuszami. Wszystkim Wam - Siostry i Bracia - z całego serca dziękuję. Dziękuję za ogrom dobra - jakie niesiecie na swojej uśmiechniętej twarzy, za ogrom dobra - jakie niesiecie swoimi rękami, za ogrom dobra - jakie przekazujecie życzliwym słowem, za ogrom dobra - wyrażone Waszą obecnością. Niech dobro, które jest świadczone za Waszym pośrednictwem, stanie się trwałym fundamentem nowej rzeczywistości. Zapewne jeszcze nie jeden raz spotkamy się w tym miejscu, gdzie ci, co niosą dobro potrzebującym, doznają zwrotu tego wielkiego dobra i radości od Boga i ludzi obdarowanych dobrem.
W najbliższy czwartek, to jest 17 marca (czwartek) udaję się dużym busem z pomocą humanitarną do Lwowa, a może i dalej. Jeśli więc Ty - Drogi Czytelniku - chciałbyś przekazać od serca jakiś dar, bo nie masz innej możliwości tego uczynić, to można przekazać kontaktując się wcześniej mailem Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. lub pod numerem telefonu 602679930. Oczywiście jest wyłącznie osobista decyzja każdego i tylko jego osobista dobra wola.
Amicus








