Jak przystało już w Tradycji pielgrzyma, wielu wybierając się tu, do Rzymu – Wiecznego Miasta, powiada: „Być w Rzymie i Papieża nie widzieć?” – no to niemożliwe. Ale spokojnie i powoli. Ostatnim etapem był: Budapeszt – Rzym. Poranek upalny. Niebo bez oznak prognozy deszczowej. Temperatura dochodzi już 35 stopni. Jedynie lekki powiew wiatru nieco schładza gorące powietrze. Trwa jeszcze pewien odcinek krętych dróg, by dotrzeć do autostrady. I już wjeżdżamy. A teraz tylko pozostaje oddać się kontemplacji piękna przyrody. Po lewej stronie Balaton, nieco dalej zespół jezior i cudownych krajobrazów. Za chwilę granica węgiersko-słoweńska. Tu mała przerwa na „małe, co nie co”. Obsługa z uśmiechem wita składając bogatą ofertę „stołu”. Jeszcze mała czarna. I rozpoczyna się podziw cuda natury: pełen uroku krajobraz. Malownicze górskie tereny. A porządek tu jak w salonie królewskim. Na tablicy wyraźna informacja: najbliższy skręt, zjazd i trasa na Włochy. No to zjeżdżamy. Wszystko bez zarzutu: pogoda, otoczenie i towarzystwo. Cały czas słońce szokuje nas swymi promieniami i temperaturą. Już mija 35 stopni. Kolejna przerwa. Teraz już pewne zwroty towarzyszyć nam będą przed najbliższe chwile: Buongiorno, buon appetito i arrivederci. To pewien constans – przynajmniej przez najbliższe dni.
Już dzień ku zachodowi się chyli. Po obu stronach trasy – wciąż malownicze wzgórza włoskich krajobrazów. Pozostało tylko 120 km do celu. Szybkość nieco się zmniejszyła. Kolizja drogowa wyhamowała tempo podróży. Ale, spokojnie jak na wojnie. I już na miejscu. Mała organizacja i wszystko jest ok. Teraz czas na odpoczynek. Zanim jednak nastąpi sen, podsumowanie tego, co było, a kolejny punkt programu, to analiza tego, co będzie jutro. Oj będzie, będzie! Warto więc dokładnie zaplanować kolejny dzień – choć w sumie jego scenariusz jest już od kilku dni gotowy. Zawiera on także wiele spotkań, rozmów, wędrowań. Tym razem, ten pobyt ma szczególny charakter, nadzwyczajną misję. To wszystko będzie wypełniać kolejny – zapewne niepowtarzalny - dzień.
I pobudka. Poranna Msza św. w miejscowej kaplicy wraz z domownikami - miejsca mego zatrzymania. Jeszcze krótka organizacja na cały dzień. Wszystko gotowe. Ruszamy. Najpierw nawiedzenie Grobów Apostołów. Modlitwa a w niej wiele intencji splecionych w jeden wieniec. Mieszczą się w niej i ci, którzy o to bardzo prosili, ci, którzy zawsze – a szczególnie w takich chwilach – stają przed oczyma. Dziś, są także i ci, którzy by nie mieli odwagi prosić o tę modlitwę, bo wewnątrz ich serca rozterka, bój, wyrzut, niesmak. Jednak i ci, zostają przywołani przed Tron Apostołów. A może ci, najbardziej tej pamięci, tej mocy i siły potrzebują? Zostawmy to samemu Panu. Nie można też nie stanąć, klęknąć u Grobu Apostoła naszych wieków – bł. Jana Pawła II. Jemu należy powierzyć wszelkie sprawy. To Ten, który zna nasze życie, żył bowiem w naszej epoce.
Teraz przemieszczenie się do Bazyli Matki Bożej. Tu wyraźny mniejszy tłum pielgrzymów. To daje możliwość spokojnej modlitwy, rozmyślania. A potem do Jana Apostoła na Lateranie. Z ilością wiernych sytuacja podobna. Wszędzie jednak słyszy się język polski. Ci, Polacy, oni wszędzie są. Koniecznie teraz do Grobu św. Apostoła – Szaleńca Bożego (św. Pawła). Już przy wejściu na dziedzińcu wita każdego jak gospodarz. Jak niegdyś do niego, tak dziś Pan by zapewne do wielu zawołał: „Pawle, Piotrze, Ewo, Bogumile, Agnieszko, Krzysztofie (…) dlaczego mnie prześladujesz?” Paweł z tamtych lat, usłyszał, zrozumiał i wypełnił słowa Pana. A czy obecni prześladowcy chcą usłyszeć Jego głos?
Spokojnie mija dzień. Wieczne Miasto powoli zaczyna być spokojne. Mniejszy ruch, mniej pędzących aut, ludzi w jakąś nieznaną przestrzeń. Bagaż różnych spotkań, o których na początku wspomniałem, obejmuję wielką tajemnicą. Te kwestie tylko dla niektórych. Teraz z nową siłą, energią, nadzieją, warto podejmować nowe zadania, nowe wyzwania. Jest ich wiele. Pewne z nich tylko tu mogą być rozwiązane – i po ludzku, i po Bożemu. Koniecznym wydaje się teraz hymn: Te Deum laudamus! Powrót na miejsce zakwaterowania. Sprawy bardziej zwyczajne i prozaiczne. Ten wieczór jeszcze wypełnią zarówno kolejne spotkania i rozmowy, jak też czas dziękczynienia. A na koniec dnia będzie trzeba będzie w duchu wdzięczności zaśpiewać: „Panience swej piosenkę na dobranoc, zaśpiewać chcę w ostatnią chwilę dnia (…)”. Jutrzejszy dzień zapowiada nowe wędrowanie. Zanim jednak ono nastąpi, poczekajmy na poranek.
Amicus








