Sobota, 5 marca 2022 roku, godz. 12:30. Po odbytych zajęciach dydaktycznych wyjeżdżam do Medyki i Przemyśla. To tam, między innymi, jest potrzeba bycia z tymi, którzy doznali i przeżywają ogromną traumę z zagrożenia życia. W takich chwilach każde słowo, każdy gest, każda pomoc, choćby niewielka, może spowodować coś, co trudno sobie wyobrazić. Kiedy znalazłem się na trasie A4 od Rzeszowa w kierunku Przemyśla, sznur samochodów z rejestracjami całej Europy, ciągnął się nieustannie,. Zapewne każdy podążał z jakąś misją do spełnienia. Gdy wjechałem na drogę prowadzącą już wprost na przejście graniczne w Medyce, musiałem odczekać kilka chwil w kolejce, zanim znalazłem się tuż przy granicy. Ze strony wszystkich służb doznawałem wielkiej uprzejmości, kultury, pomocy. Wielu stwierdzało,
„no widzimy wreszcie jakiegoś księdza”. Pytano mnie od razu, skąd ksiądz jest? Odpowiadałem, że ze Stalowej Woli, - ach myśleliśmy, że z Przemyśla. Po zaparkowaniu samochodu przez ponad dwie godziny starałem się rozpoznać tutaj sytuację. Wielu widząc kapłana podejmowało rozmowę, wielu wyciągało rękę do powitania, co chwilę ktoś z boku lub wprost witając się powtarzał: Szczęść Boże, Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Pozdrowienia brzmiały w różnych językach. Wśród wielu tablic informujących o autobusach, osób gotowych zabrać uchodźców w różne kierunki Polski i Europy, napotkałem na punkty świadków Jehowy. Podszedłem do nich pytając, czy na kogoś czekają? – Odpowiedzieli „czekamy na swoich braci i siostry, i zabieramy ich do naszych wspólnot”. No dobrze pomyślałem sobie, ale gdzie są nasi kapłani? Nie widziałem tu ani jednego. Czyżby nie dotarły słowa Ojca Franciszka, że jest czas by zejść z kanapy?
Po niemal dwóch godzinach pobytu w Medyce jadę w kierunku Przemyśla, Udaję się do centralnego punktu uchodźców przy ul. Lwowskiej 36. Wjeżdżam na potężny parking, gdzie każde miejsce jest „aptecznie” wykorzystane. Widzę serki samochód z całej Europy, widzę dziesiątki autokarów i tysiące ludzi. Takiego widoku nigdy nie spotkałem w swoim życiu. Przy pomocy Policji parkuję samochód, a następnie udaję się na halę, gdzie tam odbywa się odprawa, załatwianie wszelkich spraw. Już przy wejściu do obiektu widzę kolejne stoiska świadków Jehowy. Podchodzę i tutaj do nich i powtarzam rozmowę z Medyki. Słyszę niemal jak wiersz powtarzaną informację. Udaję się do boksu nr 6, gdzie czeka setki osób/kierowców deklarujących podwiezienie do miast polskich, do miast Europy, choćby dalekiej Hiszpani, Portugali, Niemiec, Szwecji, itp. Mając do dyspozycji busa, rejestruję się zgłaszając gotowość do podwiezienia matek z dziećmi w miejsce na terenie całej Polski. Co chwilę podawane są komunikaty, oferty do przewiezienia uchodźców. Po zarejestrowaniu się, zostałem poproszony by czekać na komunikat lub telefon w razie zebranie grupy ośmioosobowej.
Opuszczam zatem boks nr 6 i udaję się do kolejnych boksów w których są osoby oczekujące na wyjazd w różne kierunki Europy. W każdym boksie jest wskazanych po parę docelowych miast, gdzie uchodźcy czekają na transport. Odwiedzając wszystkie boksy spotykam ludzi różnych narodowości. Niemal na każdym kroku słyszę pozdrowienia chrześcijańskie w różnych językach. Co kilka kroków ktoś mnie zatrzymuje, prosi o krótką rozmowę, o modlitwę, o o pamięć w intencji rodziny, wsparcie duchowe, o radę, o pomoc - co ma teraz robić. Spotykam ludzi wolontariatu z całej Polski. Są to ludzie młodzi, studenci, nauczyciele, służba zdrowia. Mój Boże, pomyślałem sobie, jest tu jedno wielkie serce, ale brak serca Kościoła tego hierarchicznego. Jedno serce pełne miłości, jeden rozum myślący otwarcie z wrażliwością. Po kilkugodzinnym odwiedzeniu wszystkich boksów udaję się na plac, gdzie non stop przyjeżdżają busy, autobusy z uchodźcami z granicy. Ci kierowani są do poszczególnych stanowisk załatwiających różne sprawy, inni kierowani są do miejsc wydawania posiłków, inni do miejsc odpoczynku itd.
Co jakiś czas spotykam ponownie świadków Jehowy. Nie wytrzymałem. Zatrzymałem się na chwilę i pomyślałem sobie, zadzwonię teraz do Biskupów z tych nadgranicznych diecezji, i zapytam ich, gdzie jest szumna pomoc duszpasterska?, czy na tym polega troska o człowieka? A może, ktoś w tej sytuacji traumatycznej potrzebuje sakramentu pokuty? Czy taki człowiek ma szukać kościoła po nieznanym mu Przemyślu, a w dodatki często z dziećmi? Czy w tych diecezjach brak kapłanów, by choć paru z nich pełniło dyżur? Nie spotkałem też żadnej siostry zakonnej. Gdzie są „Matki Kościoła”, te szumne ewangelizatorki? Co to ma wszystko znaczyć? Czyżby okupowały kanapy. A może wygoda, obojętność? Jak w tym kontekście brzmią słowa: „Cokolwiek uczyniliście jednego z braci najmniejszych, Mnieście uczynili”. Zostawiam te pytania każdemu czytelnikowi do osobistej refleksji. Czy mamy się dziwić, że coraz częściej młodzi odchodzą z Kościoła? Zabrało tu nie tylko serca, ale zabrakło też rozumu. Czyjego? Chyba odpowiedz jest bardzo prosta.
Amicus








