Tak, tak to nie przesada. Rzeczywiście ten zespół wiele potrafi i to nie tylko w ramach przygotowania na konferencje. Ten zespół szeroko pojętych specjalistów posiada wiele znakomitych umiejętności w wielu formach działania. I nie ważne, że wśród tego zespołu są prawnicy, pedagodzy, ekonomiści a nawet teolodzy. Wiele ich wspólnego łączy. Tworzą grupę osób, która śmiało podejmuje różne wyzwania. Wyjazd do opery do Warszawy na „Operetkę” Witolda Gombrowicza w dniu 11 kwietnia 2015 roku, kolejny raz to udowodnił. Opera Michała Dobrzyńskiego w reżyserii Jerzego Lacha pod kierownictwem muzycznym Przemysława Fiugajskiego, stała się okazją do wspólnego wiosennego wypadu do Stolicy. I warto tu dodać, że operowa odsłona utworu pisanego przez Gombrowicza przez 15 lat pozwoliła twórcom ukazać prawdziwy dramat zniewolenia współczesnego człowieka. Połączenie groteski i absurdu sprawia, że początkowo lekkomyślny śmiech zmienia się niepostrzeżenie w śmiech z bólu. Spektakl operowy, wykorzystując operetkowy język, wyraża destrukcyjny charakter współczesności. Zgodnie z zamysłem twórców jest to parodia z parodii, zza której wyłania się wykrzywiony obraz teraźniejszości. Udział grupy w tym kulturalnym wydarzeniu sprawił, że powrót przebiegał równie w klimacie spektaklu. (Poniżej tekstu fotogaleria z wyjazdu)
O godz. 7:00 rano grupa zebrana na Campusie Akademickim ruszyła specjalnym busem do Warszawy. A jako, że to wczesna godzina dla braci „Żaków”, początkowo niektórym trudno było otworzyć szeroko oczy, na budzącą się przyrodę w iście wakacyjnej pogodzie. Dopiero przerwa na „mocną” pobudziła niektórych do rześkiego spojrzenia na świat. W tempie rekreacyjnym mijały kolejne odcinki drogi. Co jakiś czas, któryś z uczestników podejmował nowy – często dość humorystyczny temat w odniesieniu do środowiska niczym „Satyra na leniwych chłopów”. A że brać dobrze zna swe środowisko, więc odniesienia były ze wszech miar trafne, pouczające i zawierały zawsze szczyptę komedii. W takim klimacie i nastroju dojechaliśmy do ważnego punktu podróży świątyni Opatrzności Bożej. Po krótkim nawiedzeniu tego miejsca udaliśmy się w dalszą podróż.
Dochodziła godz. 13:00, gdy znaleźliśmy się na dziedzińcu Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, gdzie czekał na nas warszawsko-studencki obiad. Brać z grupy – a przynajmniej niektórzy a nich – zapałali nutą zdrowej zazdrości na widok zaplecza uczelni. Przemknęła się nawet mała tęsknota za przybyciem tu na studia doktoranckie. I nic grzesznego w tym, gdyż jak wiemy, marzenia ani nie kosztują, ani krzywdy nikomu nie wyrządzają. Czas obiadu nieco się wydłużył, ale też była okazją do małego odpoczynku po podróży na uczelnianych plantach. Spotkaliśmy tu wielką życzliwość, otwartość, miłą atmosferę – szczególnie ze strony obsługi barku „Jajko”. Być może, gdy plany grupy się ziszczą, niebawem powrócimy tu ponownie.
Zgodnie z życzeniem grupy udaliśmy się w kierunku Starego Miasta, by w klimacie weekendowym spędzić czas na spacerze, zwiedzaniu i odpoczynku. Według życzenia grupy, wielu miało okazję do ponownego wzmocnienia swej energii przez napitek „małej czarnej”. I nadszedł czas na wyjazd w kierunku Warszawskiej Opery, gdzie o godz. 19:00 rozpoczęła się operetka Michała Dobrzyńskiego, trwająca niemal dwie godziny. I w tym miejscu można by napisać wiele wspomnień z reakcji choćby naszych członków grupy. Ten klimat, jak już wspomniano wyżej, tak dalece się udzielił, że niemal przez całą powrotną drogę wszyscy śpiewająco się ze sobą komunikowali. Odkryto przy tej okazji wiele ciekawych talentów, które wykorzystując na miejscu można by stworzyć niejedną operetkę studencką. Może i na to przyjdzie czas, chyba, że ktoś zaśpiewa nam nieco inną melodię na samo zakończenie sztuki, której tytuł brzmiał będzie „Ta ostatnia niedziela”.
Okazało się i tym razem, że to nagłówkowe hasło nie jest bezzasadne. Mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że wyjazd ten dał okazję do poznania mistrzowskich talentów w wielu dziedzinach życia – głównie artystycznego, kulturalnego. Grupa to nie tylko specjaliści od gotowania, lecz przyrządzania różnych sowitych dóbr dla serca, umysłu i duszy. Jakże by się chciało życzyć, aby takich „szaleńców” rodziło się więcej. Ale pewno w każdym z nas tkwi wiele nie odkrytych talentów. Czy nie warto już zacząć?
Amicus








