Minęło trochę czasu. Pamiętam pewne zebranie jakie się odbyło. Nic nadzwyczajnego. Zebranie jakich bywało czasem kilka w miesiącu. Nie zapowiadało się bardzo stresująco – nie było w porządku obrad żadnych planowanych redukcji etatów, ani zgłaszania pracowników do nagród, więc spokój, w miarę możliwości i specyfiki zawodu. Prawie pod koniec głos zabrał Pan Roman. Określiłbym go mianem „kiedyś młodego głupiego wilka”. Dotąd miał kilka wystąpień, na których pokazał, że jest pewny siebie, swoich racji i potrafi walczyć z wszystkimi. Wśród stada, w którym zdecydowana większość wychowana została w duchu hasła: „siedź w kącie, a dostrzegą cię”, jego głośne wychwalanie własnych sukcesów wzbudzało, delikatnie rzecz ujmując, niesmak. Na dodatek w ostatecznym rozrachunku okazało się, że wielu, oj bardzo wielu, okazało się być lepszymi! Drugim niepisanym prawem, które pozwalało nam dotąd nie zwariować w walce z wiatrakami jest: „pokorne ciele dwie matki ssie”. Pan Roman jednak kilka razy zachował się, jakby nie miał instynktu samozachowawczego. Nie powiem, zdarzyło się, że nawet zaimponował mi pozaracjonalną odwagą, ale jak się dowiedziałem, jak szerokie ma za sobą plecy, to nazwałabym to raczej tupetem. Stado przyglądało się jemu od niemal 10 lat, czyli od chwili, kiedy przyszło topnięcie. Od tego czasu wyraźnie ta sytuacja drażniła wilka-drapieżnika. A kiedy wilk głodny krwi, to ofiara zawsze z brzegu! Ofiara patrzyła mu prosto w twarz i ani myślał podwijać ogon i spuszczać wzrok.
Początek ówczesnego wystąpienia nie różnił się niczym od poprzednich. Niezrażony pomrukiem niezadowolenia ze strony stada - wilk atakował. Stado milkło i zajęło się wypatrywaniem pyłków na butach. Wilk pokazał kły, wypatrywał ofiary w stadzie. Upokorzył niewybrednymi insynuacjami, sięgając po argumenty poniżej pasa. Stado przestało oddychać. Zaschło im w ustach. Nikt nie powiedział nic. Cisza. I nie była to bynajmniej cisza w stylu tej, o której pisała Suzanne Collins w „Igrzyskach śmierci”: „Publiczność okazuje największe nieposłuszeństwo, na jakie jest w stanie się zdobyć. Milczy. W ten sposób mówimy, że nie ma zgody. Nie ma aprobaty”. Nie sądzę też by było to milczenie, o jakim pisał papież Bonifacy VIII: „Kto milczy – wydaje się, że się zgadza”. Nikt nie może się zgodzić z tak ewidentnym brakiem kultury, wręcz prymitywnym chamstwem. Niestety, w tym przypadku racji nie miał też Lew Tołstoj, który doszedł do wniosku, że milczenie jest często najmądrzejszą odpowiedzią, jakiej można udzielić. To działa jedynie w przypadku ludzi mądrych. Czyżby rację miał filozof Francis Bacon, który zapewniał, że milczenie jest cnotą głupich?! Wiele przemawia za tym, że miał sporo racji.
Z tym wyraźnie wiąże się zazdrość i głupota. Bohater Pan Roman to klasyczny tego przykład. Czymże jest jego przeogromna zazdrość? Brzydkim uczuciem czy nieładną postawą? Dotyczy tylko osób czy także i rzeczy, stanowisk, funkcji, tytułów itd.? Te pytania nie są retoryczne. Poruszam ten temat, bo wydaje mi się, że rozgościła, a raczej rozpanoszyła się niesamowita plaga zazdrości. Tak, nazywam to plagą, bo objęła ona wszystkie wymiary życia ludzkiego, każdą warstwę społeczną i jej podmiotem czy przedmiotem może być wszystko. Coś nieprawdopodobnego się dzieje! Zazdrości się małych i wielkich rzeczy! A Pan Roman jak huragan nie wytrzymuje awansów innych. Główną jego cechą zazdrości jest głupota, dlatego o głupocie zazdrości, przecież nikt, o zdrowych zmysłach, nie powie, że zazdrość dała mu jakąś przyjemność albo, że nauczyła go mądrości lub dała pełnię szczęścia. Owoce zazdrości pasują jak ulał do definicji głupoty: brak wiedzy o życiu, umiejętności jej stosowania, brak rozumu, bystrości, bezmyślność, tym właśnie charakteryzują się ci, którzy hołdują zazdrość.
Uważny obserwator dostrzeże i powie, że to zazdrość zaślepiła mu oczy. Nałożyła mu na oczy dziwne okulary, które widzą tylko to, co inni mają, że jemu tego brakuje. Jest też inna strona medalu. Te same okulary stają się nieprzeźroczystą masą, która nie pozwala widzieć to, co inni mają i czym się cieszą. Dlatego też bardzo często zazdrość rodzi się u człowieka nie-wdzięcznego tzn. takiego, który nie dostrzega, nie cieszy się i nie dziękuję za to, co jest już w zasięgu jego ręki, co jest już do jego dyspozycji, co zdobył dziękii komuś bo samego na to nie stać go było. Taki niewdzięcznik próbuje żyć chorobliwym poszukiwaniem tego, czego nie ma, tak chorobliwym, że wydaje się, iż teraźniejszość go nie interesuje, a wciąż żyje przyszłością, której jeszcze nie ma. Nie cieszy się ani swoimi dobrami, które ma do swojej dyspozycji, ani też dobrami innych, których to zazdrości. Patrzenie zazdrosnym okiem prowadzi do bezsensownego (często śmiertelnego, bo do śmierci prowadzącego) wysiłku, by coś osiągnąć. Pragnienie przeradza się w niepohamowane pożądanie. Muszę to mieć, bez tego nie mogę żyć, bo on to ma - powiada.
Jakbyśmy się stali obojętni, nieczuli na obecność zazdrości w naszej codzienności i naszej bliskości. A może trzeba by nadać jej imiona rywalizacji czy też konkurencji. Z łatwością można się przekonać, że owa zazdrość systematycznie zabiera w swoje posiadanie coraz to inne wymiary jego serca i głowy. Sieje niebywałe spustoszenie! Jak w soczewce, na malutkim, kilkunastoosobowym wycinku społeczeństwa akademickiego ujawniło się to, co trawi nasze całe społeczeństwo – prymitywny tupet jednych z jednej strony i strach z drugiej! Wyraźnie widzimy, że nie jest dobrze, że trawi nas rak, że jako wspólnota jesteśmy coraz słabsi, a społecznie coraz rozumem i tchórzostwem biedniejsi. Bezradnie patrzymy jak niszczone, likwidowane jest to, co jeszcze zostało, potulnie przyjmujemy coraz to nowe polecenia, zalecenia, decyzje. Nie dziwimy się nawet jak głupiec zostaje „królem”, a „złodziej” bankierem. Milczymy. Nie jest to groźna cisza przed burzą. To, niestety, raczej milczenie odzwierciedlające inteligencję tego środowiska, które nigdy nie będzie prostą sumą inteligencji jednostek na tłum się składających. Inteligencja tłumu równa się inteligencji najgłupszego jej składnika. Zapytasz: cóż z tą głupotą począć? Jest jedna odpowiedź. Powiadają, że głupotę należy zostawić, a ona sama na zakręcie się wyłoży.
Amicus








