• 20180306_114307.jpg
  • 20180506_202237.jpg
  • 20180507_184304.jpg
  • 20180508_113817.jpg
  • 20180508_140322.jpg
  • 20180509_151605.jpg
  • 20180510_092047.jpg
  • img_1167.jpg

Sama wiara to za mało - wywiad z Panem Sławomirem Zatwardnickim
 

Kiedy przeglądam dorobek pisarski Pana, w tym wielość artykuł publikowanych w książkach, na portalach internetowych, ilość wydanych książek Pana autorstwa, zaangażowanie w wiele inicjatyw społecznych, religijnych, publicystycznych, to – nie ukrywam – ogarnia mnie podziw i uznanie. Ma Pan dopiero 38 lat i posiada znaczący dorobek publicystyczny, pisarski. Wiem też, że Pan ma rodzinę (żonę i trójkę dzieci), która także wymaga czasu, troski, poświęcenia. Z kolei wczytując się w teksty autorstwa Pana odnoszę wrażenie, że jest Pan osobą dość dociekliwą, człowiekiem analitycznym, ale też pilnym obserwatorem życia zarówno społecznego, politycznego, religijnego, rodzinnego i nie tylko. Lansowane przez Pana poglądy zapewne wielu się nie podobają. Od wielu lat jest Pan także zaangażowany w działalność ewangelizacyjno-formacyjną, jest odpowiedzialny za jedną z filii Szkoły Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła. Biorąc pod uwagę powyższe kwestie, wzbudził Pan zainteresowanie swoją osobą jako człowieka wyróżniającego się od wielu, którzy dość sceptycznie podchodzą do życia.

1. Zazwyczaj kierunek życia człowieka kreuje się w środowisku rodzinnym. To rodzice poprzez wychowanie starają się ukierunkować drogę życia młodego człowieka, który nie zawsze jest w stanie sam rozpoznać swoją drogę życia i mieć na tyle odwagi, aby ją podjąć? Proszę powiedzieć, jak to było w przypadku Pana?

Każda reguła ma swoje wyjątki, i właśnie jestem jednym z tych wcale nie najmniej licznych wyjątków potwierdzających ogólną zasadę, że rodzina ma decydująco-pozytywny wpływ na ukierunkowanie młodego człowieka zgodne z jego predyspozycjami i Bożą wolą. Zamieszanie związane z okresem dorastania ujawniło nie tylko moją niedojrzałość, ale i wychowawczą bezradność rodziców w kluczowych dla mojego życia kwestiach. W praktyce oznaczało to, że oprócz ogólnego nacisku na to, żeby zdobyć wykształcenie i oczywiście się ożenić, niewiele otrzymałem pomocy w rozpoznaniu drogi życiowej. Na szczęście istnieje jeszcze Bóg oraz inni ludzie, którzy mają przecież również nie do przecenienia wpływ. I tak było w moim przypadku. Nawrócenie, wpływ wspólnoty świeckich katolików, wsparcie żony oraz własna praca czy raczej współpraca z Bożą łaską sprawiają, że mimo, iż jest człowiek uwarunkowany tym, co wynosi z domu oraz tym, jak przeżył swoją młodość – nie psychologia ma tu ostatnie słowo do powiedzenia (choć przecież nigdy całkiem nie zamilczy).

2. Zwykle osoby młode, które w przyszłości stają ludźmi aktywnymi społecznie, już w wieku szkoły średniej wykazują pewne tendencje, zainteresowania. Proszę powiedzieć, jak wyglądał czas szkoły średniej i aktywność Pana na tym etapie rozwoju?

I znów nie podam budującego świadectwa. Ale ponieważ, jak zauważyłem, w świecie osób wierzących nawet antyświadectwo ma swoją wartość, złożę takowe: czas szkoły średniej to w moim przypadku okres utraty dziecięcej niewinności i wejścia w środowisko osób tyleż zbuntowanych co dalekich zarówno od wartości duchowych, jak i ogólnoludzkich. Mówiąc wprost: to stracony czas, którego dzisiaj żałuję, i choć oczywiście łaska Boża może się rozlać obficiej tam, gdzie panował grzech, to przecież nigdy już nie uratuję w pełni tego, co zaprzepaściłem. Jeśli panowała wtedy aktywność, to nie budująca, ale raczej anarchizująca; w pewnym sensie była to chorobliwa nadaktywność w pewnych dziedzinach kosztem nieaktywności w tym, co najważniejsze i co zdrowe.

3. Jak już we wstępie wspomniałem, iż dorobek publicystyczny Pana jest bogaty. Wystarczy wejść na niektóre portale internetowe i łatwo można się o tym przekonać. Pokazuje Pan w dorobku pisarskim konkretne zainteresowania. Proszę powiedzieć, gdzie jest ich źródło, początki?

Dziękuję za słowa uznania – nie wiem, czy ten cały, jak Ksiądz Profesor raczył to określić, dorobek pisarski jest godny uwagi, ale na pewno może zadziwiać przez fakt, że wszystko to powstało w ostatnich kilku latach. Dopiero od kilku lat próbuję bowiem za pozwoleniem Boga i żony ratować to, co mogło zostać uczynione wcześniej. Gdzie źródło i początki takich a nie innych zainteresowań? Widzę to tak: początkowe zainteresowania polityką bieżącą, ekonomią i trochę literaturą (zwłaszcza felietonistyką, ale i poezją również), rozwijane zresztą obok technicznego wykształcenia, które odbierałem, ustąpiły z czasem temu, co wraz z nawróceniem i formacją chrześcijańską okazało się trwalsze i bardziej fascynujące. Te pierwsze zamiłowania, które wywoływały silny, ale krótkotrwały dreszcz emocji czy raczej uderzenie adrenaliny, i które wiązały się z nieudanymi próbami publicystycznymi, zostały wyparte przez to, co pozostało moją miłością do dzisiaj i co już się prawdopodobnie nie zmieni. Stąd studia teologiczne, które kończę w tym roku i następnie, daj Boże, doktorat. A samo pisanie pojawiło się bardzo konkretnie wtedy, gdy zauważyłem, że czegoś brakuje mi w modlitwie osobistej; zastanawiałem się nad tym, dlaczego nie przynosi mi ulgi wypowiedzenie przed Bogiem tego, co jest wewnątrz mnie, i doszedłem do wniosku, że dopiero przelanie tego na ekran komputera czy papier uwalnia mnie wewnętrznie. Towarzyszyła temu odkryciu niesamowita radość z samego faktu nazywania rzeczywistości, jaka staje się udziałem pewnie każdego nazywającego, a na pewno w sposób wyjątkowy mężczyzny (vide Adam w raju).

4. Jest Pan – moim zdaniem – osobą, która posiada jasno określone poglądy, postawy życiowe. W ocenie niektórych są dość radykalne, ale taka jest nauka Ewangelii: „Tak – tak, nie – nie”. Proszę powiedzieć, kto lub co wpłynęło na ukształtowanie takiej właśnie postawy Pana?

Ten radykalizm to połączenie zalety z wadą. Niewątpliwe obdarowanie do widzenia rzeczy w sposób wyraźny, taki trochę, jeśli można użyć, ale nie nadużyć tego słowa, „proroczy” sposób patrzenia na rzeczywistość, łączy się z pewną niedoskonałością, „topornością” charakteru, który zbyt szybko i chętnie uprawia dychotomię „czarne-białe” czy upraszcza skomplikowaną jednak rzeczywistość do rozwiązań prostych. Jeśli w przestrzeni publicznej taka postawa może nawet służyć dobremu, bo dzięki temu określone poglądy mogą zostać nie tylko wyrażone, ale i zauważone, to już w relacjach międzyludzkich stanowi to nierzadko nieznośne obciążenie.

5. Zazwyczaj z pewnej perspektywy czasu, człowiek inaczej spogląda na swoją przeszłość, swoje wybory, decyzje. Czy dziś w kontekście minionego czasu, nie pojawiają się myśli, że ten wybór drogi życiowej mógł wygląd inaczej?

Odpowiem tak: dopiero teraz żyję, wcześniej byłem umarły. Nad czasem minionym i straconym odprawiam żałobę, jak mądre książki psychologiczne każą robić. A odzyskanego życia nie ma co oczywiście żałować!

6. Wiem, że w życiu Pana pojawił się także kontekst działalności ewangelizacyjno-formacyjnej. Jest Pan odpowiedzialny za jedną z filii Szkoły Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła. Proszę powiedzieć, jaki cel przyświeca tej działalności i z czego on wynika?

Bardzo szybko po nawróceniu odkryłem powołanie do ewangelizacji, i oczywiście z całą gorliwością neofity zagłębiłem się w tym „po uszy” kosztem rozwoju osobistego czy zawodowego. Teraz próbuję integralnego wzrostu, z kolei to wiąże się z ryzykiem oziębłości w sprawach Królestwa Bożego. Szkoła Maryi (www.szkolazycia.info), o której Ksiądz Profesor wspomniał, próbuje łączyć życie wewnętrzne oraz powołanie osobiste z zaangażowaniem zewnętrznym: stąd nieprzypadkowo w nazwie pojawia się najpierw „życie chrześcijańskie”, i dopiero na drugim miejscu jako wynikająca z niego „ewangelizacja”. To sprawiło, że uznałem Szkołę za najlepsze narzędzie ewangelizacyjno-formacyjne. Problemem w Kościele jest brak pierwszego przepowiadania oraz katechumenatu, z kolei niebezpieczeństwem wspólnot kościelnych jest zatrzymanie się na poziomie wiecznego karmienia mlekiem kerygmatu oraz posyłanie niedojrzałych ludzi do posługi. Na tym tle Szkoła wyróżnia się tym, że daje możliwość przeżycia pełni wtajemniczenia chrześcijańskiego (formacja trwa sześć lat, a każdy rok składa się z czterech sesji: półtoratygodniowej latem i trzech weekendowych w ciągu roku), a także pozwala uczestnikom na przejście całej drogi ku wolności, czemu służy np. program jednego z poziomów oparty m. in. o 12 kroków Anonimowych Alkoholików. Wydaje się, że dzięki temu Szkoła dobrze przygotowuje świeckich katolików do bycia aktywnymi w Kościele – zarówno w parafii, jak i w ruchach oraz wspólnotach świeckich.

7.  Jak we wstępie zaznaczyłem, jest Pan – moim zdaniem – pilnym obserwatorem życia. Proszę powiedzieć, jak Pan widzi przyszłość Kościoła w Polsce?

Nie chciałbym dołączyć do grona tych wszystkich futurystów, którzy zawsze mylą się w swoich przewidywaniach; rzeczywistość jest bardziej nieprzewidywalna niż mogłoby się zdawać, stąd wolę uniknąć bajań o przyszłości. W każdym razie dopuszczam do siebie, i jakoś nieszczególnie się nawet tego lękam, że może być tak – w pewnym sensie już tak jest – że chrześcijanie rzeczywiście będą solą ziemi, która służy innym mimo że sama jest w (pogardzanej) mniejszości. W praktyce mogłoby to wyglądać tak – posłużmy się pewną ilustracją: wierzących będzie się wskazywało palcami i traktowało tak, jak dziś zdarza się katolikom patrzeć na wyznawców Jehowy chodzących po ulicach. Być może będziemy my lub nasze dzieci świadkami całkowitego upadku tej cywilizacji, w której żyjemy, i problemem nie będzie przyszłość chrześcijaństwa czy Kościoła, który takie rzeczy przetrwa, ile nasze osobiste odnalezienie się w tych zmianach. Trzeba będzie nauczyć się żyć po chrześcijańsku bez wsparcia środowiskowego czy kulturalnego, i w nowy sposób, w nowej rzeczywistości, znów stanowić „Boski ferment”. Ale to tylko gdybania. Może być przecież całkiem inaczej: na przykład po tej herezji, za jaką uważam współczesny „nowy ateizm” redukujący rzeczywistość do jedynie widzialnego (materialnego) świata, wahadło wychyli się w drugą stronę i nagle staniemy się świadkami odkrywania sfery nadprzyrodzonej? To trochę jak z naturami Boską i ludzką Chrystusa – powinny być zjednoczone, ani nie zmieszane, ani nie rozdzielone. Tak ateizm byłby za „ludzką” naturą zapominając o „Boskiej”, wcześniejszy czas byłby monofizytyzmem mieszającym natury (stąd cała rzeczywistość jawiła się jako sakralna; podobnie zresztą widzi rzeczywistość New Age), a w przyszłości może nastąpi odkrycie wymiaru duchowego? A może jednak uda się w końcu zjednoczyć rzeczywistość doczesną rozumianą autonomicznie, jak chce Sobór, z poddaniem jej woli Boga; w tym widziałbym zjednoczenie „natur”, jeśli można tak rzec, doczesnej i nadprzyrodzonej, swego rodzaju przebóstwienie świata w myśl biblijnej obietnicy, że Bóg będzie wszystkim we wszystkich. Ostatecznie bowiem wszystko powstało przez Chrystusa i dla Niego.

8. Biorąc pod uwagę aktywność pisarską i obowiązki rodzinne, nie jest łatwo to wszystko spokojnie godzić. Skąd Pan czerpie siły do działalności na wielu frontach życia?

Bóg jest bezbronny jeśli chodzi o męski pracoholizm, dlatego daje mężczyźnie pomoc, czyli żonę, która przeszkadza w sięgnięciu „dna” uzależnienia. Trochę to w moim przypadku wciąż przypomina nie tyle „spokojne godzenie”, co raczej „balansowanie na linie”; na razie próbuję robić, co się da i sprawdzam, gdzie drzwi i portfele się otworzą. Ale poważniej: życie rodzinne sprawia, że konieczne staje się ustalenie hierarchii ważności, co z kolei sprzyja pewnemu porządkowi. Swoje zaangażowania pisarskie traktuję jako pracę zawodową, a nie tylko hobby; a że nie jest to zbyt dochodowy rodzaj działalności – to już inna sprawa. W każdym razie nie chcę zbyt łatwo poddać się współczesnemu barbarzyństwu i dyktatowi ekonomii.

9. Jak wyżej wspomniałem, jest Pan zaangażowany w działalność ewangelizacyjno-formacyjną i odpowiada Pan za jedną z filii Szkoły Życia Chrześcijańskiego i Ewangelizacji Świętej Maryi z Nazaretu Matki Kościoła. Proszę pozwolić, kto był pomysłodawcą tego projektu i jaka jest kreślona jego dalsza perspektywa?

Pomysłodawcą projektu – oczywiście, jeśli brać pod uwagę czynniki ludzkie, a nie nadprzyrodzone – jest o. Piotr Kurkiewicz OFMCap, który po przyjęciu święceń został wysłany na Ukrainę, gdzie był proboszczem kilku parafii, a jednocześnie założył Szkołę i pozostaje jej dyrektorem do dziś. Szkoła ma swoje centrum na Ukrainie, ale jest już dziś w wielu krajach świata, między innymi w kilkunastu miastach Polski. Celem Szkoły jest nie tylko przekazanie wiedzy, ale przede wszystkim stworzenie możliwości spotkania żywego Boga, a także nawiązanie relacji między ludźmi, parafiami i wspólnotami z Polski oraz różnych krajów. Zadaniem Szkoły jest pobudzanie do aktywności nie tylko świeckich, ale i duchowieństwo, dlatego organizowane są spotkania duchowej odnowy (tzw. „Zjazdy dla duchowieństwa”), których odbyło się do tej pory już około trzydziestu (jedno z nich prowadził o. Raniero Cantalamessa OFMCap, kaznodzieja Domu Papieskiego). Szkoła zajęła się również prowadzeniem stacjonarnych ośrodków rehabilitacyjnych dla uzależnionych, na bazie osób związanych ze Szkołą rozwija się duszpasterstwo więziennicze i wśród bezdomnych. Przy Szkole powstało również żeńskie zgromadzenie zakonne, a także szkoła misyjna, w której formują się osoby (głównie świeccy, także rehabilitanci) oddające potem jakiś czas swojego życia (np. rok, ale i więcej) na działalność ewangelizacyjną.

10. Jest Pani ojcem trójki dzieci. Wielu dziś mężczyzn – jak pokazują badania – lęka się ojcostwa. Co by Pan powiedział młodym mężczyznom, studentom, którzy stają przed takim wyborem drogi życiowej?

Przede wszystkim nie dziwię się tym lękom, sam zdecydowałem się stosunkowo późno na ożenek i co za tym idzie – rodzicielstwo. Jeśli w takiej sytuacji wypada coś radzić, to chciałbym zwrócić uwagę przede wszystkim na wybór żony – tutaj trzeba mieć niemal absolutną pewność (oczywiście na ile taka jest w ogóle możliwa w relacji z drugą osobą, która zawsze pozostaje przecież tajemnicą) i wspólny fundament, którym jest Chrystus, i oczywiście miłość do wybranki. Wtedy ojcostwo pojawia się jako owoc tej miłości, staje się naturalnym dopełnieniem czy też jest konsekwencją miłości. Nie trzeba się tego bać, Bóg i miłość otwierają serce mężczyzny (tak, istnieje coś takiego jak męskie serce). Ja się nawet dziwię, że przy naszych (moich i żony) predyspozycjach do bycia raczej samotnikami, udało się Bogu na tyle nas przemienić, że trudno nam znaleźć argument za nieprzyjmowaniem kolejnych dzieci – oczywiście zawsze na przekór warunkom i zdrowemu rozsądkowi, ale takie już są prawidła życia wiarą. Z kolei bycie ojcem jest fascynujące i w pełni odpowiada pragnieniom – nawet, jeśli wcześniej były ukryte – mężczyzny. Autorytet, władza, wpływ na dzieci – a to wszystko sprawowane w miłości; czyż może być coś odpowiedniejszego dla mężczyzny? Chyba, że ktoś ma inne powołanie, ale jeśli nie – trzeba założyć jako coś oczywistego, że jest się powołanym do małżeństwa i ojcostwa!

11. Mając wiele lat różnych doświadczeń, od pewnego czasu przelewa Pan swoje refleksje na papier, bądź to w formie artykułów czy wydawanych książek. Niektóre z nich wzbudzają pewne kontrowersje. Proszę powiedzieć dlaczego?

Pewnie z wielu powodów, pośród których nie najmniej ważny byłby ten, że np. w książce „Tata strongman” bronię tradycyjnej, jednogłowej wizji małżeństwa i rodziny, oraz podkreślam różnicę między mężczyzną a kobietą i wynikające z nich wrażliwości wychowawcze obojga rodziców. Mam wrażenie i chyba się nie mylę, że żyjemy w społeczeństwie przenikniętym wartościami kobiecymi, a w rodzinach zwykło się afirmować jedynie rolę kobiecego sposobu wychowywania dzieci. Wystarczy posłuchać kobiet w piaskownicy… Z kolei książka „Katolicki pomocnik towarzyski, czyli jak pojedynkować się z ateistą” cieszy się sporym uznaniem, i o dziwo podtytuł wzbudza kontrowersje raczej w środowiskach pobożnych niż niepobożnych. No cóż, nieumiejętność czytania formy literackiej powoduje, że zamiast zauważenia fechtunku na argumenty nie pozbawione humoru, oskarża się autora o wytaczanie wojennych militariów. W gruncie rzeczy świadczy to może albo o niezrozumieniu zamysłu autora i wydawcy, albo o małym poczuciu humoru czytelnika. Gdyby pokopać głębiej, być może doszukać by się można niezrozumienia różnicy pomiędzy dialogowaniem w miłości w rozmowach osobistych z niewierzącymi a publicznymi pojedynkami, które rządzą się swoimi prawami; z kolei odpuszczenie sobie przez chrześcijan polemiki w przestrzeni publicznej równa się dziś zgodzie na zamknięcie we współczesnych katakumbach.

13. Jest Pan w takim wieku, że jeszcze zapewne planuje realizację wielu projektów, pomysłów. Jeśli można wiedzieć czego będą one głównie dotyczyć?

Piszę teraz książkę dotyczącą zjawiska „nowego ateizmu”; będzie to swego rodzaju uzupełnienie tematu poruszonego w książce poprzedniej („Katolicki pomocnik towarzyski, czyli jak pojedynkować się z ateistą”), tyle że na głębszym poziomie. Marzę o książce o Maryi. Chcę studiować dalej, interesuje mnie teologia dogmatyczna, szczególnie chrystologia. Moim pragnieniem jest łączyć pracę naukową z dydaktyczną, oraz ewangelizację z apologią.

14. Treści Pana publikacji hermetycznie związane są z pedagogiką katolicką. Wiem też, że to dzięki stronie internetowej poświęconej właśnie „Pedagogice katolickiej”, doszło do naszego kontaktu. Co Pan sądzi o takim medium i co Pan by radził, sugerował na przyszłość Redakcji tego portalu?

Nie śmiałbym niczego sugerować, bo przecież nie jestem i nie będę ekspertem w tej dziedzinie. Jednak z perspektywy po pierwsze redaktora naczelnego serwisu rodzinnego Opoki (www.rodzina.opoka.org.pl), a po drugie ojca trójki dzieci, powiem o pewnym niebezpieczeństwie, które zauważyłem. Relatywizm powszechnie i niemiłościwie panujący powoduje, że rodzice nie bardzo wiedzą, jakie zasady wychowawcze stosować wobec swoich dzieci. To powoduje, że albo wypracowują pewną koncepcję minimum (najczęściej szukają praktycznych odpowiedzi na pytania „jak”, np. „jak sprawić, żeby dziecko było posłuszne”, „jak odmawiać dziecku” itp.), albo łapią się raz tej, a raz innej wizji, albo w ogóle machają ręką (w wersji radykalnej będzie to nawet antypedagogika: dziecko wystarczy kochać i tyle). Chciałbym więc znaleźć odpowiedź na pytanie: czy i jak można stosować klasyczne metody wychowawcze dzisiaj, w innych uwarunkowaniach przede wszystkim kulturowych, kiedy społeczeństwo nie uznaje już tradycyjnych wartości?

15. Jesteśmy u początku Nowego Roku 2013. Czego by Pan życzył na ten czas rodzinom, ojcom, Polakom, ludziom młodym?

A kimże ja jestem, żeby tak wszystkim życzyć? Jeśli jednak wypada, to może życzę przede wszystkim relacji z Bogiem Ojcem, która będzie procentować w sprawowaniu ziemskiego ojcostwa, oraz życia wiarą rozumną, choć przez to nie mniej ryzykowną. Tak więc życzę przygody życia z Bogiem przeżywanej również w rodzinach i z rodzinami.

 

Dziękuję za rozmowę

 

Ps. Wywiad z Panem Sławomirem Zatwardnickim przeprowadził ks. prof. Jan Zimny w dniu 29 stycznia 2013 roku