• 20180306_114307.jpg
  • 20180506_202237.jpg
  • 20180507_184304.jpg
  • 20180508_113817.jpg
  • 20180508_140322.jpg
  • 20180509_151605.jpg
  • 20180510_092047.jpg
  • img_1167.jpg


Dr Anna Różyło

 

Papieska metoda dialogu o świecie współczesnym

– uwagi nad językiem „Pamięci i tożsamości” Jana Pawła II

 

Jan Paweł II powszechnie był uważany za człowieka dialogu. W kontaktach z ludźmi zwracała uwagę Jego bezpośredniość i spontaniczność (co dobrze oddaje tytuł znanego filmu „Karol, papież, który pozostał człowiekiem”). Zarazem jednak miał On bardzo ugruntowane poglądy, których nie przemilczał w świecie zdominowanym ideami „poprawności politycznej”, „racjonalnej korzyści” czy „mniejszego zła”. Był człowiekiem wiary, wiary pełnej ufności, który do wszystkich ludzi kierował wezwanie „Nie lękajcie się” i w podzielonym, w znacznym stopniu zlaicyzowanym świecie z mocą głosił Dobrą Nowinę. Dla rozważań przedstawionych w tym artykule bardzo ważny jest jeszcze jeden rys do portretu: Jan Paweł II był człowiekiem nauki, więcej: był „człowiekiem uniwersytetu”. Zarówno sam termin jak i tę gradację określeń zapożyczyłam od Stróżewskiego (1992), który w artykule „O idei uniwersytetu” wymienia przede wszystkim następujące „dzielności” człowieka uniwersytetu: ,,Bezwzględna uczciwość w poszukiwaniu prawdy i odwaga w jej głoszeniu, bezinteresowność, głębokie poczucie obowiązku, ciągłe podnoszenie swych kwalifikacji, poświęcenie dla innych, zwłaszcza dla studentów, otwartość, tolerancja, cierpliwość…” [str. 25] Bowiem: ,,Uniwersytet jest instytucją powołaną do zdobywania i przekazywania prawdy naukowej. Wszystkie inne funkcje uniwersytetu (…) są konsekwencją owego zadania podstawowego” [str. 8). Toteż ,,Na uczestnictwie w królestwie wartości, ale też tylko na tym, polegać może wychowawcza rola uniwersytetu.” [str. 24, pogrubienie moje - AR].

Jako papież, ale także jako taki właśnie człowiek uniwersytetu, Jan Paweł II opublikował w 2005 roku, już pod koniec swego pontyfikatu, niezwykłą książkę zatytułowaną „Pamięć i tożsamość”. W dorobku Ojca Świętego pozycja ta (obok 2 kolejnych: „Wstańcie, chodźmy” i „Przekroczyć próg nadziei”) zwraca szczególną uwagę, nie reprezentuje bowiem żadnego gatunku „typowo papieskiego” jak np. encyklika ani nie jest sygnowanym przez papieża owocem wspólnego trudu jak np. wydany w 1994 r. „Katechizm Kościoła Katolickiego”. Książka skierowana jest do wszystkich czytelników, nie tylko chrześcijan, ale ta postawa – wyraźna już u Pawła VI, zwracającego się ,,do wszystkich ludzi dobrej woli” – od czasów Soboru Watykańskiego II nie jest niczym wyjątkowym w wypowiedziach hierarchów Kościoła Katolickiego skierowanych do świata.

Wiemy jednak, że ani rozszerzenie kręgu adresatów wypowiedzi (np. o innowierców czy niewierzących), ani nawet dbałość o to, aby w przekazie koncentrować się wyłącznie na treści orędzia chrześcijańskiego, same w sobie nie przesądzają jeszcze o skuteczności komunikatu. Wypowiedzi Jana Pawła II powszechnie są zaś uznawane właśnie za wzór mówienia o Bogu do współczesnego człowieka - w artykule tym chciałabym się zatem zająć poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie: JAK papież zwraca się do czytelnika - co sprawia, że efekt perlokucyjny[1] jego wypowiedzi jest tak zbieżny z założonym celem. Oczywiście, nie sposób tu dokonywać analizy całości dorobku pisarskiego Jana Pawła II. Przedmiotem rozważań uczyniłam zatem sam 1. rozdział wspomnianej książki, aby poprzez systematyczną obserwację zachowań językowych osoby mówiącej w tekście, dowiedzieć się: jakie wybiera argumenty, jak kształtuje argumentację i jakie formy językowe wypowiedzi wykorzystuje. Pozwoli to zbadać, jakie relacje ustanawia autor między sobą a czytelnikiem, jaki jest ich kontakt? Innymi słowy: spróbuję opisać te cechy wypowiedzi (być może obecne także w innych gatunkach papieskich wypowiedzi[2]), które składałyby się na ,,styl papieski”[3]: angażujący emocjonalnie, wymagający, nasycony wiedzą.

Z rozpoczynającego książkę wstępu redakcyjnego dowiadujemy się, że jej zrębem są refleksje, jakie papież sformułował w 1993r. w rozmowie z ks. prof. Tischnerem i prof. Michalskim dotyczącej analizy historycznej i filozoficznej systemów totalitarnych: nazizmu i komunizmu, „uważał [jednak] za konieczne rozszerzenie perspektyw wywodu” [s.7]. Określając kształt gatunkowy „Pamięci i tożsamości” redaktorzy mówią o ,,literackiej formie konwersacji”, konwersacyjny charakter tekstu mógłby też sugerować podtytuł: „Rozmowy na przełomie tysiącleci”, wydaje się jednak, że oba te określenia odnoszą się raczej do genezy utworu. W swoim obecnym kształcie (biorąc pod uwagę dołączone pytania odredakcyjne) z form konwersacyjnych przypomina co najwyżej popularne współcześnie wywiady – rzeki, z tym, że partie odautorskie „podejmują z wielką precyzją proponowane kwestie w poszukiwaniu właściwych odpowiedzi” [s.8], choć redaktorzy odżegnują się od nazwania ich „wykładem akademickim”, ale chętnie podkreślają, że jest to chrześcijańska interpretacja współczesności. Autor zaczyna odważnie od pytania wciąż aktualnego, często traktowanego jako zarzut wobec twierdzenia o wszechmocy lub – zwłaszcza – miłosierdziu czy miłości Boga do ludzi: pytania, dlaczego Bóg dopuszcza zło, jakie są jego przyczyny (rdz.1.). Z kolei podejmuje kwestie: wolności i odpowiedzialności (rdz.2.), ojczyzny (rdz.3.), Europy (rdz.4.) i demokracji (rdz.5.), a więc te tematy, które są charakterystyczne przede wszystkim dla dyskursu politycznego współczesnego świata zachodniego. Przedstawiając refleksje na tak właśnie dobrane tematy, papież czyni się uczestnikiem aktualnego, żywego dialogu i ukazuje religijny punkt widzenia na dyskutowane zagadnienia. W „Zakończeniu” natomiast – podsumowującej części nawiązującej do zamachu na życie papieża, która (jako jedyna) ma rzeczywiście formę rozmowy, w której wypowiadają się Jan Paweł II i ówczesny papieski sekretarz, bp. Stanisław Dziwisz – przedstawiono działanie boże w ramach indywidualnego losu, ukazano sens cierpienia. Stanowi to wymowne świadectwo ,,ja” mówiącego, świadectwo, wobec którego nie sposób pozostać obojętnym.

Po tych uwagach wstępnych dotyczących badanego tekstu przyjrzyjmy się bliżej kolejnym częściom rozdziału 1. Tekst papieski zamieszczony w nich poprzedzono pytaniami odredakcyjnymi - jak wyjaśniono w takiej intencji, „aby ułatwić czytelnikowi właściwe zrozumienie papieskiej myśli”. Te specyficzne „wprowadzenia” do zasadniczego tekstu autorskiego mają postać od dwu do (wyjątkowo) kilkunastu zdań, wśród nich trafiają się obok pojedynczych także wielokrotnie złożone. Generalnie realizują one 2 schematy treściowe: opis rzeczywistości + pytanie o wyjaśnienie (np. „W świetle tych rozważań jawi się potrzeba jakiejś pełniejszej odpowiedzi na kwestię natury odkupienia. Czym jest zbawienie w kontekście owego zmagania się dobra ze złem, w którym bytuje człowiek?) lub wiązka pytań ujmujących w kilku aspektach dane zjawisko (np.:Skąd zatem wzięły się ideologie zła? Jakie są korzenie nazizmu i komunizmu? Jak doszło do upadku tych systemów?”). Dla rozważanych w tym artykule kwestii ważniejsza jednak od informacyjnej czy metatekstowej funkcji tych wprowadzeń jest kolejna ich funkcja: ustalania, budowania relacji autorsko-czytelniczych. Już pojawiająca się w pytaniach fraza: jak należy rozumieć (2x w 6 wprowadzeniach!) obok dominujących pytań ogólnych, o fakty (np. Jakie są korzenie nazizmu i komunizmu?(s.13)) a nie o opinię (typu: Co sądzi pana/i o …., Jakie są pana/i zdaniem przyczyny powstania komunizmu) sprawiają, że czytelnik jest wprowadzany w relację, w której pytający traktuje autora jako niekwestionowany autorytet, który WIE i jest w mocy określać POWINNOŚCI innych, zajmuje więc pozycję znacznie powyżej tych, do których mówi. Występujące w takim kontekście formy adresatywne: Ojcze święty, Jego Świątobliwość jeszcze powiększają dystans między nadawcą a odbiorcą. Oczywiście, mam świadomość, że samo podnoszenie znaczenia rozmówcy i pomniejszanie własnego jest przyjętą w naszej kulturze formą zachowania, także językowego, które wyraża uprzejmość i szacunek wobec rozmówcy. I niewątpliwie właśnie relacja szacunku, a nie przesadnego uniżenia wobec autora (efekt perlokucyjny bywa wtedy często odwrotny!) była intencją doświadczonych redaktorów „Znaku”. Zwróćmy jednak uwagę, że polszczyzna dysponuje różnymi możliwościami wyrażenia szacunku dla adresata wypowiedzi, obok: jak należy coś rozumieć? - jak należałoby?, jak Pana/i zdaniem należałoby?, jak można by… itd. Na ich tle widać, że redakcja wybrała formę maksymalnie dyrektywną.

Opisałam dokładniej formę językową pytań, aby tym wyraźniej podkreślić, że z tekstu autorskiego nie widać, aby Jan Paweł II w tym utworze przemawiał z takiej pozycji. Po kończącym wprowadzenie odredakcyjne pytaniu: „Jak, Ojcze Święty, należy rozumieć sens tego wielkiego ,,wybuchu” zła?”, Jan Paweł II zaczyna swój tekst wcale nie od formułowania jakichkolwiek pouczeń, ale od powszechnie znanej informacji wyrażonej w trybie oznajmującym[4]: „Wiek XX był w jakimś sensie widownią narastania procesów dziejowych, a także procesów ideowych, które zmierzały w kierunku wielkiego ,,wybuchu” zła, ale także był widownią ich pokonywania”. [s.11] Naszą uwagę zwracają tu 2 elementy. Najpierw wprowadzająca czynnik indywidualnej refleksji czy oceny fraza w jakimś sensie, która – podobnie jak równie chętnie stosowane przez papieża określenia: poniekąd czy można powiedzieć – akcentuje świadomość mówiącego, że przedstawiany punkt widzenia jest jednym z możliwych. Postawę autora, konsekwentnie wyrażaną w całym utworze, jeszcze silniej znamionują słowa ale także, po których pada przypomnienie o obecności dobra. Zarówno skłonność do szukania dobra jak i – szerzej – patrzenie na konkretne zjawisko zawsze z dwóch stron (coś jest jakieś, ale i ...., ale z drugiej strony....) przewija się często w tym utworze.

Teraz następują 2 pytania: „Czy zatem spojrzenie na Europę jedynie od strony zła, które pojawiło się w jej nowożytnych dziejach, jest spojrzeniem słusznym? Czy nie zawiera się tutaj jakaś jednostronność?” [s.11]. To oczywiście pytania retoryczne, a więc pytania niewymagające odpowiedzi, ta bowiem jest oczywista. Zauważmy jednak jeszcze, że dotyczą one tej samej sprawy: pierwsze ujmuje ją ogólnie a drugie precyzuje jej przyczyny. Ktoś, kto przy pierwszym zgodził się, że spojrzenie na Europę jedynie od strony zła nie jest słuszne, przy drugim – podążając tokiem wywodu Jana Pawła II – znajduje uzasadnienie swej niezgody: spojrzenie takie jest jednostronne, a więc z definicji nieobiektywne. Te wnioski w tekście papieskim są poprzez formę pytań jedynie implikowane, a zatem to czytelnik rekonstruując przy odczytywaniu znaczenie danego fragmentu sam niejako owe treści uzupełnia. Papież bardzo umiejętnie koncentruje uwagę czytelnika i wykorzystuje implikatury, a stosując powtórzenie i zmieniając perspektywę oglądu dodatkowo zwiększa siłę illokucyjną pytań.

Po owej chwili, którą poprzez zadanie pytań papież pozostawia na konkretyzację znaczeń czytelnikowi, czytamy zdania: ,,Nowożytne dzieje Europy, naznaczone – zwłaszcza na Zachodzie – wpływami oświecenia, zrodziły także wiele dobrych owoców. Jest to poniekąd zgodne z naturą zła, tak jak je definiuje, zgodnie z ujęciem św. Augustyna, św. Tomasz.” [s.11]. Przywołano zatem autorytety: św. Augustyna i św. Tomasza, których poglądy dotyczące istnienia zła i jego relacji wobec dobra dalej się omawia. Ale warto podkreślić sposób ich wprowadzenia: papież wymienia ich imiona po tym, gdy stwierdził, że późniejszy stan świata jest zgodny z tym, co znacznie wcześniej opisali – w ten sposób nie tylko przywołuje ich autorytet jako argument w toku własnego myślenia, ale też buduje ten autorytet w świadomości nawet mniej wyrobionego humanistycznie czytelnika. Warto też podkreślić wybór takich właśnie postaci: może najpowszechniej znanych myślicieli chrześcijańskich, zasłużonych dla Kościoła, ale też obecnych w każdej historii filozofii europejskiej i wymienianych w najbardziej podstawowych podręcznikach zawierających elementy historii kultury europejskiej odpowiednich epok - a więc znanych nie tylko w środowisku katolickim czy szerzej: chrześcijańskim.

Teraz następują słowa: „przypomina się”, po których papież streszcza fragment z Biblii – przypowieść o pszenicy i kąkolu. Po autorytecie świętych wykorzystano zatem w dowodzeniu autorytet Biblii. Dopiero po omówieniu przypowieści kolejny akapit otwierają słowa: ,,można powiedzieć”, po których następuje odautorska, papieska interpretacja… Widzimy wyraźnie, że autor – nie podejmując roli nieomylnego nauczyciela, jaką dla niego wykreowali w swoim pytaniu redaktorzy: nie poucza, podaje argumenty, interpretuje, przekonuje - ale nie w oparciu o własny autorytet.

Zobaczmy teraz, jaki jest układ treści w kolejnych częściach. Część 2. „Ideologie zła” rozpoczyna stwierdzenie, które jest odpowiedzią na pytanie odredakcyjne i stanowi jednocześnie rodzaj pochwały dla interlokutora za dobór pytań: Wszystkie te pytania mają głębokie znaczenie filozoficzne i teologiczne. Trzeba zrekonstruować „filozofię zła” (…) a rekonstrukcja ta wyprowadza nas poza ideologie. Zmusza nas, by wejść w świat wiary. Trzeba dotknąć tajemnicy Boga i stworzenia, a w szczególności tajemnicy człowieka. Są to tajemnice, którym starałem się dać wyraz (…) poprzez encykliki Redemptor hominis, Dives in misericordia oraz Dominum et vivificantem. (…) Wszystko, co zawiera się w encyklice Redemptor hominis, przyniosłem ze sobą z Polski” [str. 13].

Pogrubione wyrazy wyrażają konieczność, nie jest ona jednak przedstawiana jako ustanawiana czy narzucona przez autora, ale jako wynikająca z respektowania uniwersalnych i logicznych kryteriów, którym obaj – autor i czytelnik – w równym stopniu podlegają. W dalszych partiach tekstu papież w głęboki a bardzo przystępny sposób przedstawia tezy 3 swoich encyklik. W artykule tym koncentrujemy się jednak przede wszystkim na sposobie budowania relacji autor-czytelnik, sądząc, że to właśnie ta relacja decyduje w znacznym stopniu o Austinowskiej „fortunności”, skuteczności wypowiedzi. Dlatego naszą uwagę muszą zwrócić formy czasownikowe w 1. os. l. poj. (dotąd nieobecne) w zdaniach: starałem się dać wyraz i przyniosłem z Polski. Pogrubione frazy nie służą chwaleniu się, ale znamionują człowieka skromnego i zdolnego do wdzięcznej pamięci, mówiąc tak o sobie papież nie zajmuje pozycji ponad czytelnikiem, ale ich kontakt mieści się w neutralnej[5] przestrzeni. Zdania z czasownikami w 1. os. l. poj. pojawią się jeszcze tylko kilkakrotnie, do wszystkich stosuje się przedstawiony komentarz.

Z kolei papież przywołuje postać s. Faustyny Kowalskiej, zdania opisowe[6]: „Chrystus pozwolił jej być szczególnie natchnioną wyrazicielką prawdy o Bożym miłosierdziu. Prawda ta ukształtowała w Faustynie niezwykle bogate życie mistyczne” wzmacnia jeszcze powołaniem się na świadectwo innych: „Była to osoba prosta, niewykształcona, a mimo to ludzie czytający Dzienniczek jej objawień zdumiewają się nad głębią mistycznego doświadczenia, które w nim się zawiera.”[s.13].

W dalszych partiach tekstu Jan Paweł II będzie jeszcze wielokrotnie odwoływał się do myśli św. Tomasza, św. Augustyna i Biblii, jednak obok takich religijnych autorytetów pojawia się też szereg innych, np. K. Michalski, Goethe, Kant, Scheler, Sartre, Levinas, Ricoeur, Sołowjow, Dostojewski czy anonimowy „kolega – młody ksiądz, Flamand z Belgii” (podaję osoby, których myśl jest referowana pomijając długą listę tych, które są tylko wymienione, jak prof. Roman Ingarden czy prof. Izydora Dąmbska, choć i ich nazwiska podnoszą wartość informacyjną tekstu i uwiarygodniają go.) Przywoływanie twierdzeń tak wielu, często powszechnie znanych, osób jako zbieżnych z własnymi poglądami niewątpliwie czyni je w odbiorze tym bardziej godnymi zaufania. Nieco inny jest charakter streszczania głównych myśli czy przywoływania długich nieraz nawet fragmentów z dokumentów Kościoła (obok encyklik: listy pasterskie, konstytucje soborowe i in.). Autor nie podaje ich nigdy samych – albo najpierw omawia jakąś kwestię i dopiero podsumowuje cytatem czy przywołaniem samego tytułu encykliki, albo – rzadziej – cytuje krótki fragment, po czym szerzej go komentuje. Wydaje się zatem, że papież nie tyle się na nie powołuje, co je objaśnia, wykorzystując i tę okazję do wprowadzania zawartych w nich treści do świadomości szerszej publiczności. Tak jest np. w dalszych partiach części 2., gdzie 2,5 strony poświęcono objaśnieniu biblijnego zdania „Duch Św. przekona świat o grzechu” w świetle wymienionych powyżej encyklik „trynitarnych”. Jan Paweł II przekonuje: „Św. Augustyn z niezwykłą wnikliwością scharakteryzował naturę tego grzechu w następującej formule: Amor sui usque ad contemptum Dei – miłość siebie aż do negacji Boga (De civitate Dei, XIV, 28) […] I ten właśnie pierwotny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque ad contemptum sui – ,,miłość Boga aż do negacji siebie”. Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarą stał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: ,,przekonać świat o grzechu” […] Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazywać możliwość jego przezwyciężania.” [s.14-15]. Zwróćmy uwagę na modalną funkcję użytego kilkakrotnie w tym krótkim fragmencie słowa „właśnie” i „tylko”, wyrażający zaangażowanie mówiącego dobór słów zawierających wartościowanie, np.: niezwykła wnikliwość, głęboko wniknąć, nagromadzenie zaimków wskazujących służące „przeniesieniu” świadomości autora i czytelnika do samego centrum omawianej kwestii oraz podkreślające związek z odbiorcą użycie form 1. os. l. mn..

Dalej autor podejmuje dyskusję z filozofami i tradycją oświeceniową wykazując, że korzenie wszelkich „ideologii zła” mają wspólne źródło: „Odrzucono to, co najgłębiej stanowi o człowieczeństwie, czyli pojęcie ,,natury ludzkiej” jako ,,rzeczywistość”, zastępując ją ,,wytworem myślenia” dowolnie kształtowanym i dowolnie zmienianym według okoliczności. […] Jeżeli nie wychodzimy od tego ,,realistycznego” założenia [dotyczącego natury ludzkiej wg św. Tomasza], poruszamy się w próżni” [s. 20-21]. I w tych partiach spotykamy pytania retoryczne, które dialogizują i dynamizują tok papieskiego wykładu oraz liczne modalizatory o funkcji ekspresywnej.

Po szczegółowym prześledzeniu 2 pierwszych części można już pokusić się o pewne konstatacje dotyczące układu treści: papież regularnie zaczyna od przedstawienia faktów, a więc wychodzi od tego, co jest obiektywne, często powszechnie znane. Rozważając znaczenie tych faktów przywołuje zdania różnych autorytetów, co prowadzi go do sformułowania własnej interpretacji, kierowanej wartościami wyznawanej religii. W ten sposób interpretacja faktów dotyczących kluczowych kwestii europejskiej współczesności w duchu chrześcijańskim staje się dla czytelnika szansą na pełniejsze zrozumienie owych faktów, głębsze wniknięcie w treści religijne i – przede wszystkim – dostrzeżenie ich wzajemnych związków, specyficzny „trening” w (tak usilnie zalecanym przez duszpasterzy) „odnoszeniu wszystkiego do Boga za przykładem Jezusa Chrystusa”.

Podobny schemat układu treści oraz dobór i wykorzystanie środków językowych spotykamy w kolejnych częściach.

  1. pt. „Miara wyznaczona złu w dziejach Europy” jest najbardziej osobista, zaczyna się bowiem od przedstawienia doświadczeń życia pod rządami dwóch totalitaryzmów: „Dane mi było doświadczyć osobiście ,,ideologii zła”. To jest coś, czego nie da się zatrzeć w pamięci. Najpierw nazizm. To, co się widziało w tamtych latach, było okropne. [...] Żyliśmy pogrążeni w jakimś wielkim ,,wybuchu” zła” [s.22]. Zwróćmy uwagę, że nawet tu z rzadka tylko pojawiają się wypowiedzi w 1. os. l. poj., w cytowanym fragmencie mamy za to przykład użycia (wielokrotnych w tej części) form 1.os. l. mn. wyrażających wspólnotę doświadczenia wielu ludzi. Ta część zwraca uwagę także z innego powodu. Papież pisze: ,,Można było myśleć, że i to zło było w jakimś sensie potrzebne światu i człowiekowi. Zdarza się bowiem, że w konkretnym realistycznym układzie ludzkiego bytowania zło w jakimś sensie jawi się jako potrzebne – jest potrzebne o tyle, o ile daje okazję do dobra. […] Tak czy owak, zła doznanego nie zapomina się łatwo. Można je tylko przebaczyć. A co to znaczy przebaczyć? To znaczy odwołać się do dobra, które jest większe od jakiegokolwiek zła. Ostatecznie takie dobro ma swoje źródło tylko w Bogu. […] To przecież w Nim wszystkie narody i ludzkość cała mogą przekroczyć „próg nadziei”!” [s. 23-24]. Zwłaszcza początkowe zdania zawierają niełatwe treści i z pewnością nie wszyscy się z nimi zgodzą. Ale wypowiedziane zostały one z wielkim przekonaniem i bezgranicznym zaufaniem w miłość i miłosierdzie Boga, z zawierzeniem, które uprawnia do zakończenia zdaniem wykrzyknikowym – rzadkim w spokojnym na ogół i bardzo zrównoważonym tonie utworu.
  2.  pt. „Odkupienie jako boska miara wyznaczona złu” zaczyna się od odróżnienia miary historycznej (czasu trwania systemów totalitarnych) i miary „teologicznej”: „ chodzi (…) o ten rodzaj myślenia, który przez refleksję teologiczną wnika w głębię, aż do poznania korzeni zła, aby odkryć możliwość jego przezwyciężenia dzięki dziełu Chrystusa.” (s.25). Dalej papież mówi o grzechu i „kruchości” każdego człowieka, pokazuje, że „miara zła” jest związana z odkupieniem – że sam fakt odkupienia wyznaczył i także obecnie wyznacza miarę złu. Aby o tym przekonać Jan Paweł II przytacza fragmenty i z uznaniem referuje myśli konstytucji soborowej Gaudium et spes odnosząc je do historycznego i egzystencjalnego doświadczenia czytelnika: „Czy tajemnica odkupienia jest również odpowiedzią (…) na zło naszych czasów? Zdawać by się mogło, że zło obozów koncentracyjnych, komór gazowych, okrucieństw pewnych działań służb policyjnych, wreszcie samej wojny totalnej oraz ustrojów opartych na przemocy – że to zło, które również programowo przekreślało obecność krzyża – było mocniejsze. Jeśli jednak popatrzymy nieco wnikliwiej na dzieje ludów i narodów, które przyszły przez próbę systemów totalitarnych i prześladowań za wiarę, wówczas odkryjemy tam wyraźną, zwycięską obecność krzyża Chrystusowego. (…) Czyż takim znakiem zwycięstwa nad złem nie stał się św. Maksymilian Kolbe?”(s.27-28). Jan Paweł II wykorzystuje tu znane nam już środki: pytania retoryczne, formułowanie odpowiedzi uwzględniających punkt widzenia „zwykłych” ludzi i ukazywanie jako „wnikliwszych” takich, które mają motywację religijną a w końcu wymienianie dowodów ich słuszności.
  3. pt. „Tajemnica odkupienia” stanowi - zgodnie z tytułem – objaśnienie, jak rozumieć odkupienie poprzez analizę symboli i znaczeń wyrazów, także bliskoznacznych: odpuszczenie i usprawiedliwienie. „Poprzez swoje zmartwychwstanie Chrystus poniekąd ,,usprawiedliwił” dzieło stworzenia, a szczególnie dzieło stworzenia człowieka, w tym sensie, że objawił ,,właściwą miarę” dobra (…) Jest to miara nadobfita, w której pierwotny zamysł realizuje się jeszcze pełniej (por. Rdz 3, 14-15). W Chrystusie człowiek jest wezwany do nowego życia – życia w Synu, które doskonale wyraża chwałę Boga: gloria Dei vivens homo – „chwałą Boga żyjący człowiek” (Św. Ireneusz)” [s.32].
  4.  pt. „Odkupienie: zwycięstwo zadane człowiekowi” rozwija myśl zawartą w ostatnim zdaniu: „W tajemnicy odkupienia zwycięstwo Chrystusa nad złem jest dane człowiekowi nie tylko jako osobista korzyść, ale także jako zadanie. Człowiek podejmuje je, wchodząc na drogę życia wewnętrznego.”, zgodnie z Chrystusowym wezwaniem „Pójdź za Mną!”. Papież przytacza fragmenty biblijne, zwłaszcza rozmowę z bogatym młodzieńcem – „kluczowe teksty, do których wciąż na różne sposoby wypada powracać”. Dalej omawia 3 drogi przedstawiane w traktatach o życiu duchowym: oczyszczenia, oświecenia i zjednoczenia. Nie ma tu nakazów i straszenia karą, jest za to fascynująca perspektywa rozwoju osoby aż do pełni – zjednoczenia z Bogiem, perspektywa możliwa – i przeznaczona! – dla każdego. Wyraźnie jednak trzeba zaznaczyć, że autor poprzestaje na zdaniach typu: Bóg wzywa człowieka (w których dominuje funkcja poznawcza), nie adresując nigdy wypowiedzi wprost do czytelnika poprzez zdania z formami 2. osoby, np. ty, wy, jesteś wezwany (przy których istotna stawałaby się funkcja konatywna wypowiedzi – bezpośrednie wpływanie na postawy i zachowania odbiorcy). Do samego końca 1. rozdziału Jan Paweł II konsekwentnie zatem INFORMUJE czytelnika – pozostawiając mu pełną wolność przyjęcia i wcielenia lub odrzucenia przedstawianych treści i powstrzymuje się przed formami bezpośredniego, eksplicytnego wywierania wpływu (np. aktami mowy w rodzaju pouczania czy nakazu).

Podsumujmy.

Język - jest bardzo komunikatywny, typowy dla dobrego wykładu: bazujący na leksyce i schematach składniowych typowych dla neutralnego rejestru stylu potocznego (wg Bartmińskiego), w którym objaśnia się wszelkie wprowadzane terminy z różnych nauk w taki sposób, że są przystępne także dla laików. Język ten jest pozbawiony natarczywej frazeologii kościelnej (zarówno tradycyjnej - ”stanisławowania”[7], jak i nowszej, w rodzaju: ubogacić duszę), nasycony jest za to cytatami biblijnymi i różnymi, funkcjonalnie wykorzystanymi fragmentami innych autorów. Tak zbudowany tekst nie jest przykładem stylu religijnego, ale mówienia o kwestiach religijnych w języku ogólnym (potocznym).

Zdecydowanie przeważają wypowiedzenia w 3.os. l. poj. i mn., wiele jest też bezosobowych, głównie z modalizatorami : trzeba, należy lub formami typu: widziało się, rozumie się. W tekście dominuje opis faktów (nie: uczuć, myśli – a więc stanów niedostępnych obserwacji z zewnątrz), co wzmaga wrażenie obiektywizmu przekazu. Kilkakrotnie tylko występują formy pierwszej osoby liczby mnogiej, podkreślające wspólnotę doświadczeń osoby mówiącej i innych. Bardzo mało jest natomiast form pierwszej osoby liczby pojedynczej, co więcej: zwykle pojawiają się one w czasownikach i frazach: myślę, mam na myśli, pisałem; jeśli mówię (…) to rozumiem przez to… Jan Paweł II zapoznaje ze swoim tokiem rozumowania i przedstawia swoje doświadczenia, swój punkt widzenia, ale: nie narzuca go odbiorcy. Można traktować te zdania jako eksponujące czynnik subiektywny, ale nie sposób nie przyznać, że nikt poza podmiotem mówiącym nie zna w równym stopniu uczuć i myśli tegoż podmiotu, innymi słowy: w 1. os. l. poj. papież podaje tylko takie fakty, które dotyczą jego świadomości, a wobec tego tylko on może adekwatnie je przestawić. W dodatku takich wypowiedzi ,,JA” (por. Gordon, 1993) jest bardzo niewiele, natomiast krytykowanych przez Gordona wypowiedzi „TY” ( służących wywieraniu bezpośredniego wpływu i będących w istocie próbą podporządkowania sobie – zwykle zależnego od osoby mówiącej – rozmówcy) w analizowanym rozdziale nie ma w ogóle. W rezultacie wydaje się, że zmodyfikowana została sama funkcja wypowiedzi „JA”. W tekście papieskim są one nie tyle rodzajem asertywnego wyrażenia własnych potrzeb czy poglądów, ile – wobec braku wyraźnie zarysowanego oponenta[8] – narzędziem tworzenia bezpiecznej emocjonalnie[9] przestrzeni racjonalnego dyskursu między JA osoby mówiącej w tekście i TY czytelnika, przestrzeni, która (przywołując schematy sytuacyjne Gordona) nie jest własnością żadnego z nich, ale do której autor – właśnie poprzez odsłaniające niektóre jego cechy wypowiedzi „JA” – zaprasza czytelników.

Leksykalne wykładniki modalności, odpowiednio i chętnie wykorzystywane, wyrażając m.in. wartościowanie, angażują emocjonalnie i służą głównie nakłonieniu czytelnika do podążania za myślą autora. Frazy metatekstowe nawet przy dłuższych wywodach o tematyce teologicznej dobrze segmentują i porządkują tok refleksji. Obie zaś grupy wyrazów zdają się wyrażać obiektywną konieczność, uniwersalną zasadę logicznego wywodu opartą na uznawanej powszechnie wartości: dążenia do poznania prawdy, a więc ukazywania obrazu faktycznego, niezniekształconego, uwzględniającego wszelkie istotne dla sprawy konteksty. Nie wyrażają one natomiast wprost subiektywnej woli osoby mówiącej, nie podkreślają jej przekonań. Wydaje się, że m.in. właśnie na tym polega pragmatyczne mistrzostwo tych wypowiedzi: ważne z punktu widzenia autora treści są przekazywane jako obiektywnie prawdziwe czy obiektywnie istotne, on – przekazujący je człowiek – jedynie podziela te opinie, wyciąga logiczne wnioski z obiektywnych przesłanek, przytacza ważne dla danej kwestii konteksty, które powinny być wzięte pod uwagę. Zarazem tak postępując nie tylko prowadzi czytelnika swoim tokiem rozumowania, ale też czyni z niego często, wykorzystując mowę pośrednią (Grice, 1980) współwyciągającego wnioski, współpodzielającego przynajmniej w znacznej mierze dane opinie, ponieważ nie sposób ceniąc sobie zdolność myślenia nie ulec logiczności wywodu.

Układ treści - zgodny jest w każdym z rozdziałów z podstawową zasadą: od kwestii egzystencjalnych (w tym wypadku głównie powszechnie znanych faktów politycznych) do religijnych[10]. Podstawowy schemat układu treści to: przedstawienie faktów – przywołanie autorytetów – interpretacja. Możliwe są także warianty, np. przedstawienie faktów (językowych, dotyczących etymologii i znaczenia słów, a więc odwołujących się do wspólnej i sprawdzalnej, maksymalnie „obiektywnej” wiedzy; informacje ze słowników funkcjonują zarówno jako „fakty” jak i „autorytety”) - interpretacja. Inna możliwość – wykorzystana w rdz.6. - to porządek odwrócony: teza – dowody z Biblii – odniesienie do własnych doświadczeń – dokumenty Kościoła z objaśnieniem. Zwróćmy jednak uwagę, że ten wariant bliższy schematowi typowego pouczenia został zrealizowany dopiero w ostatniej części tego rozdziału, stanowiącej jego specyficzne ukoronowanie. Czytelnik jest już dostatecznie wprowadzony w omawiane kwestie przez wcześniejsze części, toteż możliwy staje się wykład od tezy do dowodów. Na sześć rozdziałów tylko w 4. spotykamy wyraźnie inny układ: opis doświadczeń osobistych – dygresja (wprowadzony kontekst religijny) – przedstawienie punktu widzenia ,,normalnego” – ukazanie (jako ,,wnikliwszego”) punktu widzenia religijnego. Warianty układu treści zapobiegają monotonii, zachowany jest podstawowy porządek rozumowania, ale jego kolejne realizacje unikają schematyzmu.

Należy jeszcze zwrócić uwagę na odwagę autora w podejmowaniu tematów. Jako pierwszy rozpatrywany jest problem zła – może egzystencjalnie najbardziej dojmujący a jednocześnie stanowiący zarówno w oczach wierzących jak i niewierzących największe wyzwanie dla wszystkich religii. Dalej podejmowane są najważniejsze „zapalne” kwestie naszej współczesności: relacja między wolnością i odpowiedzialnością oraz pojęciami ojczyzny i Europy a także katolicka ocena dominującej obecnie formy rządów: demokracji. Książkę zamyka świadectwo o zamachu, w którym podkreśla się działanie boże w ramach indywidualnego losu. Kończy się ją czytać z przekonaniem, że dla osób wierzących Bóg nie tylko był obecny w historii patriarchów Izraela, ale też jest obecny w teraźniejszości naszego – i nie tylko naszego – kontynentu.

Dobór argumentacji - służy przede wszystkim uzasadnieniu tezy, że „dobro jest większe od zła”, przy czym słowo większe zdecydowanie nie jest tu terminem matematycznym, skoro postawa kilku osób – m.in. św. Maksymiliana Kolbe – nazywana jest „zwycięstwem nad złem nazizmu” i ma świadczyć, że dobro jest większe. Podaję ten przykład, ponieważ wywód papieski jest bardzo sugestywny, ale żeby uznać wartość przedstawionej argumentacji, trzeba podzielać przynajmniej niektóre wartości autora, niekoniecznie nawet religijne. Np. w przytoczonym przykładzie nie tylko osoby wierzące, ale też inne - ceniące sobie odwagę, zdolność poświęcenia dla dobra drugiego czy w ogóle umiejętność zachowania cienia niezależności w nieludzkich warunkach - mogą się zgodzić, że postawa, która doprowadziła do męczeńskiej śmierci św. Maksymiliana, była zwycięstwem nad złem. Autor powraca wielokrotnie do przykładów, które mają świadczyć o niezniszczalności dobra, ponieważ na tym najbardziej „namacalnym” fundamencie przeprowadzane są kolejne, już bardziej teologiczne wywody. Argumenty są tak dobierane, by przedstawiając prawdy religijne nie pouczać, ale zobowiązywać („za wielką cenę wykupił nas Chrystus”) i ukazywać życie z Bogiem jako wspaniałą perspektywę („prawdziwe życie”, „prawdziwa wolność”).

W argumentowaniu wielką rolę odgrywają też odniesienia do autorytetów, o czym już szerzej pisałam. Jan Paweł II umiejętnie prowadzi czytelnika do uznania – a przynajmniej zrozumienia, uznania za racjonalne – Jego argumentów: wychodzi od stwierdzeń oczywistych, przytacza fakty, później: wprowadza kontekst (punkt widzenia kulturowy lub ściśle religijny), po czym dopiero przedstawia interpretację ściśle religijną – zwykle stanowiącą albo logiczną konsekwencję przedstawionego dowodu, albo będącą oceną dokonywaną ze względu na ogólnie uznaną wartość. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku trudno czytelnikowi, chyba nawet o innych niż papież przekonaniach religijnych, nie zgodzić się z ostateczną interpretacją czy przynajmniej nie uznać jej za wartościową – właśnie ze względu na przyjęty tok wywodu: odwoływanie się do logiki i powszechnie uznawanych w kulturze europejskiej wartości, nie tylko (i nawet nie przede wszystkim) religijnych. W tym sposobie budowania argumentacji dochodzi do głosu człowiek uniwersytetu, który z odkrytą prawdą zwraca się do wszystkich czytelników i poddaje ją ich osądowi, kierującemu się kryteriami logiki i uwzględniającemu najogólniejsze, wspólne grecko-rzymskiemu dziedzictwu wartościowanie. Papież zajmuje przy tym pozycję rzecznika, depozytariusza pewnych prawd, a nie ich ,,właściciela” czy mającego władzę nad odbiorcą strażnika. Wydaje się, że taka postawa otwartego dialogu[11] pozwala papieżowi przekazywać wiernie własne poglądy (nawet niepopularne), dobrze je uzasadniać a zarazem okazać szacunek adresatowi wypowiedzi. W konsekwencji można się z Janem Pawłem II nie zgadzać, ale nie można jego poglądów po prostu zignorować, a przede wszystkim: nie sposób zignorować jego samego, bo kim byłby ktoś nie dostrzegający drugiego, który przychodzi do niego z szacunkiem i mądrością?     

We wstępie przytaczałam charakterystykę człowieka uniwersytetu pióra Stróżewskiego. Mądrość i szacunek wobec innych były w niej zawarte. Wydaje się, że uczynienie tych właśnie cech dominującymi w formie przekazu pozwoliło Janowi Pawłowi II zwracać się skutecznie do wszystkich przedstawicieli współczesnego świata, a praktyka świetnego wykładowcy na pewno mu w tym pomogła. Wybrane cechy wykładu, jakie - wbrew zapewnieniom redaktorów Znaku – cechują książkę „Pamięć i tożsamość”, nie są jej wadą, ale świadomie wprowadzoną przez autora zaletą: umożliwiają zwracanie się do potencjalnego czytelnika jako do uczestnika tej samej wspólnoty ludzi połączonych dążeniem do racjonalnego poszukiwania prawdy a wszak ,,na uczestnictwie w królestwie wartości, ale też tylko na tym, polegać może wychowawcza rola uniwersytetu” [Stróżewski, str. 24] i wszelkiego naukowego myślenia.

Jan Paweł II to świetny stylista, ale w doborze słów, kształtowaniu frazy widać coś znacznie ważniejszego: szacunek dla człowieka - nie tylko deklarowany, ale prawdziwie wyrażany i realizowany, także jako szacunek dla jego rozumu i woli. Papież konsekwentnie unika wynoszenia się nad rozmówcę czy pouczania, w dowodzeniu koncentruje się na przytaczaniu faktów, aby czytelnik mógł poprzez własny wybór, poprzez sam akt tego wyboru, wzrastać w człowieczeństwie (personalizm). Jako rzetelny myśliciel przekazuje to, co sprawdził w długim i krytycznym namyśle, dlatego jest w stanie dostrzec inne od własnego punkty widzenia na daną sprawę i racjonalnie przekonywać do własnego. Postawa taka: akcentująca autonomię drugiego, jego wolność, godność i prawo wyboru współistniejące z przekonaniem, że różne wybory nie są równie wartościowe i że właśnie kształcone w człowieku w ciągu życia: rozum i sumienie pomagają samemu owemu człowiekowi dokonywać trafnych wyborów, w naszych czasach zyskuje zwolenników, cechuje także niektórych wychowawców w stosunku do wychowanków (por. prace ks. prof. Tarnowskiego[12]).

 

 

 

 



[1] Podstawowe pojęcia teorii aktów mowy omówione w przystępny sposób, por. Kognitywne podstawy…, 2001

[2] Oczywiście, mam świadomość, że w różnych sytuacjach (np. ,,przekomarzania się”, żartów ze studentami pod papieskim oknem i głoszenia homilii), posługując się różnymi gatunkami wypowiedzi (wysyłając życzenia lub pisząc encyklikę) – papież mówił w inny sposób. Wybrałam fragment dzieła, który znamy wyłącznie jako tekst pisany, naturalne jest bowiem, że nawet w przypadku homilii czy przemówień ich postacie drukowane są może najważniejszą, ale tylko częścią całego aktu mowy, na który składają się także m. in. sytuacje wysłowienia, ton głosu, artykulacja, postawa ciała i gestykulacja mówcy, towarzyszący odbiorcy i ich reakcje itd.

[3] Refleksję nad stylem czy w ogóle nad językiem Jana Pawła II i fenomenem jego kontaktu z wiernymi podejmowało w ciągu ostatniego ćwierćwiecza tak wielu badaczy różnych dyscyplin (językoznawców i historyków literatury, teologów, socjologów i pedagogów), że przedstawienie choćby pokrótce ich ustaleń przekracza ramy tego artykułu. Wydaje się jednak, że – choćby z racji niedawnego wydania badanego utworu – zainteresowanie piszących koncentrowało się głównie na języku homilii czy przemówień, a więc gatunków w których z definicji nie brakuje zwrotów adresatywnych czy innych form bezpośredniego oddziaływania na odbiorcę. Także podejmowanie tematyki czysto religijnej jest – zwłaszcza w homiliach – oczywiste. Tymczasem formuła „rozmów na przełomie tysiącleci” wcale tego nie przesądza – niniejszy artykuł chciałabym zatem potraktować jako pewien rekonesans badawczy, który bardziej zmierza do uchwycenia głównych zjawisk pragmatycznych tekstu aniżeli do ich gruntownej analizy.

[4] Tryb oznajmujący zdecydowanie dominuje, rozkazujący (który służy przecież w polszczyźnie także do wyrażania uprzejmych propozycji, np. poczytajmy razem) czy przypuszczający występują sporadycznie.

[5] Tzn. nie będącej częścią przestrzeni osobistej żadnego z uczestniczących w kontakcie, por. T. Gordon,

[6] W których pozytywne wartościowanie nie jest wyraźnie przedstawiane jako opinia autora (jak w zdaniach: uważam,że…, moim zdaniem…).

[7] Termin zapożyczyłam z wypowiedzi w pr.I Polskiego Radia z 24.05.2010r p. Bortnowskiej, uczestniczki spotkań duszpasterskich, jakie w okresie krakowskim ks. Wojtyła prowadził dla studentów. Przeciwstawiła one późniejsze wypowiedzi papieskie, gdy „mówił prosto, zrozumiale i do rzeczy” nieco wcześniejszym, gdy jako biskup krakowski podczas uroczystych obchodów kościelnych, m.in. w dniu św. Stanisława, posługiwał się typowym dla tamtego czasu „językiem kościelnym, jak mówiliśmy: „stanisławował””. Wspomnienie o tej „zmianie języka” bynajmniej nie jest zarzutem, ale argumentem na rzecz ogromnej świadomości językowej, przemyślanego postępowania i odwagi Jana Pawła II.

[8] Wobec którego zazwyczaj w praktyce językowej formułujemy wypowiedzi „TY”, na tle których proponowane przez Gordona wypowiedzi „JA” są wyraźnie niedyrektywnym sposobem oddziaływania na odbiorcę.

[9] Pozbawionej osobowych form dyrektywnych ( trzeba -jest wyrażeniem obiektywnej konieczności, ale musisz, powinieneś – osobową formą dyrektywną, poprzez którą nadawca wypowiedzi wkracza w przestrzeń odbiorcy.

[10] Co jest zbieżne z założeniami tzw. katechezy egzystencjalnej, por. np. Rogowski,1997, Bagrowicz, 2000 i wskazaniami Soboru Watykańskiego II.

[11] Wśród jego cech wymienić należy przede wszystkim: poddanie się powszechnie uznawanym kryteriom racjonalnego dyskursu (bardzo celnie wykorzystanym pragmatycznie przez papieża, por. trzeba, powinno się uwzględniać), posługiwanie się racjonalnymi argumentami i ich układem uwzględniającym najpierw to, co wspólne autorowi i czytelnikowi (np. wiedza o świecie), uwzględnianie innych punktów widzenia, bardzo oszczędne posługiwanie się elementami osobistymi (w tym wypowiedziami ,,JA”), unikanie wypowiedzi ,,TY”.

[12] Sama koncepcja wychowania opiera się wtedy przede wszystkim na pojęciach dialogu (a nie jednostronnego, choćby nawet najbardziej ,,właściwego” co do formy i treści pouczania) i towarzyszenia wychowankowi (nie: wpływania nań, kształtowania go czy ,,urabiania”).