• 01.jpg
  • 02.jpg
  • 03.jpg
  • 04.jpg
  • 05.jpg
  • 06.jpg
  • 07.jpg
  • 08.jpg

KanonikDwa krótkie słowa, a tak wiele znaczą – zawsze gotów. Czymś wielkim jest już sama świadomość, że ktoś nam bliski jest zawsze gotowy: gotowy nam do pomocy, do poświęceń, do służby, rozmowy i przyjaźni… Świadomość istnienia takiej gotowości w kimś bliskim wobec nas, jest wielkim darem, jest prawdziwym szczęściem, wielkim przywilejem. Nie często bowiem spotykamy takich ludzi, takich „szaleńców”, którzy bez rachunkowości ziemskiej gotowi są nam do pomocy. Jednak, jak pokazuje życie, tacy też żyją, tacy są obok nas, takich spotykamy, nie zawsze tylko mamy tego świadomość. Kolejny raz w swoim życiu miałem to szczęście, by spotkać osobę, która – jak dobrze zauważyłem – jest zawsze gotowa do poświęceń, pomocy, służby innym. Mimo, iż trochę lat mu przybyło, to ks. kan. Zygfryd Strokosz jest zawsze gotów do pomocy, którą niesie nie tylko w rezydującej parafii jako emeryt, lecz na każde zaproszenie wielu kapłanów. Chylę czoło i osobiście wyrażam w tym miejscu podziękowanie, iż dane mi było poznać tak wspaniałą, otwartą, szczerą, wierną Bogu i ludziom - osobę Księdza Kanonika.

1. Czcigodny Księże Kanoniku. Akurat jesteśmy w czasie wakacyjnym. Dla uczniów – rzeczywiście czas wolny od nauki, dla pracowników – czas urlopów, wypoczynku, zaś dla Księdza Kanonika – wydawać by się mogło czas życiowego (emerytalnego) odpoczynku, a jednak jak zauważyłem, wciąż rozpiera energia, radość życia, chęć pomocy i służby innym. Proszę powiedzieć na początku, co należy czynić a może jak należy żyć, aby zachować taką świeżość ducha, umysłu i zdrowia fizycznego?

Jeśli mogę wyrazić radość a tym samym i wdzięczność za zdrowie, to jedynie Panu Bogu, to jest naprawdę wielka łaska od Niego. Szczerze mówiąc nigdy nie myślałem, że tak będzie w moim życiu, tzn. że dożyję tylu lat (86) i będę posiadał taką sprawność. Ale nie ukrywam, że zawsze wychodziłem z założenia, że ten, kto nie pracuje – szybciej się starzeje. Zatem staram się pracować. Posługa innym to realizacja samego siebie. Ludzie czekają na to, aby kapłan dawał przykład pracowitości. Stąd nie mogę zaniechać tego obowiązku. Ludzie oczekują przykładu i doskonale wyczuwają, na ile kapłan sam pracuje, czym żyje. Przyznam, że zawsze do każdego wystąpienia się przygotowuję. Daje mi to wiele satysfakcji z tego, że mam pewne obowiązki, że ten obowiązek może być darem dla innych. Mam tę świadomość, odczucie, że Słowo Boże, które głosimy jest słuchane. Ludzie dobrze pamiętają to, co mówimy. Praca jest motorem życia a zarazem akumulatorem tegoż życia.

2. Przejdźmy jednak może do nieco wcześniejszych lat Księdza Kanonika. Wiem, że dzieciństwo przeżywane było na Śląsku. Proszę w kilku słowach powiedzieć, czy już wtedy Ksiądz Kanonik hartował ducha i ciało w jakiejś formie tam na Śląsku, że dziś jest tak wspaniała przykładna kondycja także dla wielu młodych? Chciałbym zapytać, jak wyglądało dzieciństwo i młodość?

Pochodzę z rodziny głęboko wierzącej. Do kościoła mieliśmy ponad 4 km. Doskonale pamiętam moją matkę, która codziennie modliła się, często przemierzała drogę do kościoła. Z kolei ojciec, który ciężko pracował w kopalni, po pracy wracał zmęczony, ale wieczorem oparty o krzesło zatapiał się w modlitwie. Dom rodzinny był domem modlitwy, i tutaj właśnie nauczyłem się modlitwy. Co prawda nigdy nie przypuszczałem, że będę kapłanem. Zawsze marzyłem, zawsze chciałem zostać leśnikiem, lecz Pan Bóg posłużył się wspaniałymi wychowawcami, także w szkole średniej, którzy niejednokrotnie powtarzali, że modlą się za mnie, abym został kapłanem. Dzielili się tym z moimi rodzicami podczas wywiadówek w szkole. Pewnego razu będąc w kościele ówczesny ksiądz proboszcz rodzinnej parafii, wypowiedział znamienne zdanie, że już minęło wiele lat a nie ma kapłana z tej parafii. Pamiętam, jak jego apel poruszył głęboko moje serce. Niedługo później w kościele był czytany list ks. biskupa, w którym mowa była o potrzebie nowych kapłanów, aby chętni zgłaszali się do seminarium. Wracając z tej Mszy św. mój wujek spojrzał na mnie i powiedział: „słyszałeś, co było czytane dziś w kościele?”. Dwa dni później pojechałem do seminarium duchownego do Gorzowa Wielkopolskiego nikomu nie mówiąc, gdzie i po co jadę. Dopiero po jakimś czasie powiedziałem o tym rodzicom. Ojciec – pamiętam doskonale – jak mi powiedział: „Obyś nigdy nie żałował tej decyzji”. Dziś mogę powiedzieć, że tej decyzji nigdy nie żałowałem.

3. Mam rozumieć, że po szkole średniej nastąpił czas formacji seminaryjnej. O ile mi wiadomo na początku była to droga życia zakonnego, ale różne przeszkody nieco tę drogę pokrzyżowały. Niezależnie od tego wiemy, że czas studiów seminaryjnych, to bardzo ważny okres dla człowieka z wielu powodów. Proszę zatem powiedzieć, co było charakterystyczne w tym okresie życia dla Księdza Kanonika, jako alumna, ale też i jako młodego chłopaka?

Chciałbym zaznaczyć, że na początku rzeczywiście znalazłem się w Nysie u księży werbistów. Prowadzili wspaniałą formację opartą na twardych zasadach. Byli to kapłani, którzy z racji swego charyzmatu mieli za zadanie przygotowywać zastępy młodych osób do pracy misyjnej. Uczyli nas posłuszeństwa, pokory, ducha służby, poświęcenia. Organizowali 30 dniowe rekolekcje zamknięte, które wymagały wielkiego poświęcenia. Nie ukrywam, że dla młodego człowieka niejednokrotnie było to też nie lada wyrzeczenie. Ale to były dla mnie bardzo ważne wydarzenia. Niestety, ale tamte czasy, to także bolesna historia nie tylko dla mnie. Nastąpił czas kolejnego doświadczenia. Służba Bezpieczeństwa wyrzuciła z Nysy werbistów, zabrali seminaryjny dom. Podczas wakacji postanowiłem przejść do seminarium w Gorzowie Wlk. Tu ponownie spotkałem wspaniałych formatorów. Byli to księża misjonarze, którzy w tym czasie byli odpowiedzialni za prowadzenie seminarium duchownego. Odznaczali się wielką mądrością pedagogiczną, byli to ojcowie wyjątkowi pod względem charyzmatu pedagogicznego. Wychowali wiele pokoleń kapłanów. Wyjątkową postacią był ksiądz rektor Gerard Dogiel, z wykształcenia filozof. Prowadził z nami wykłady z różnych dziedzin. To był człowiek majestat cieszący się wielkim autorytetem. Myśmy często powtarzali, że idąc do niego na rozmowę, należy przed nim klękać za jego mądrość, postawę życia.

4. Po przyjęciu święceń kapłańskich rozpoczęła się nowa droga, droga służby Bogu i ludziom. Minęło już trochę czasu od tamtych lat – droga wikariusza, proboszcza. Na bazie własnego doświadczenia proszę powiedzieć, z jakiego powodu towarzyszyły chwile największej radości, a z jakiego powodu chwile smutku?

Radością było to, że zostałem i jestem kapłanem. 20 grudnia 1958 roku przyjąłem święcenia kapłańskie z rąk ks. bpa Wilhelma Pluty – był to jego pierwszy rocznik diakonów, którym udzielał święceń kapłańskich. Podczas wspólnego obiadu ks. bp przypomniał nam, że czekają na nas ludzie, kapłani proboszczowie. To był prawdziwy dzień radości. Ta radość mi wciąż przyświeca, towarzyszy w życiu codziennym do dziś. Były też inne radości związane z pracą duszpasterską, moją posługą wobec wiernych. Można by przywołać wiele takich wspaniałych przykładów. Zresztą każdy nowy dzień przynosi jakieś miłe chwile, niespodzianki. Natomiast, gdy chodzi o mniej radosne chwile, to doświadczyłem szczególnie jednej, która była dla mnie – jako młodego wówczas kapłana – bardzo przykrą. Otóż po święceniach otrzymałem od swego biskupa dekret, czyli skierowanie do pracy duszpasterskiej w parafii Nietkowice – niedaleko Zielonej Góry. W dwa dni po prymicjach otrzymałem list od mojego proboszcza, gdzie miałem podjąć pracę, w którym pisał, abym nie przyjeżdżał, gdyż mnie nie potrzebuje. Jednak posłuszny swemu biskupowi w dniu 5 stycznia 1959 roku pojechałem pociągiem do parafii. O północy przyjechałem na miejsce - do Nietkowic. Ku memu zdziwieniu czekało na mnie czterech mężczyzn, którzy zabrali mnie do siebie twierdząc, że ksiądz proboszcz mnie nie przyjmie. Następnego dnia rano poszedłem do ks. proboszcza i w drzwiach plebanii oznajmił mi, że pisał do mnie list, abym nie przyjeżdżał. Ja odpowiedziałem, że odjadę tylko wtedy, jeśli ks. bp da mi stosowny dekret. Zamieszkałem z konieczności u pewnej rodziny. W najbliższą niedzielę ks. proboszcz witając mnie, nie ukrył swego niezadowolenia z mego przyjazdu. Pracowałem tu 3 lata, a po 6 miesiącach ks. bp zamianował mnie tymczasowym administratorem tejże parafii. A więc nie było to zbyt radosne doświadczenie. Ale widocznie Pan Bóg wpisał w księgę mojego życia i taki epizod.

5. Moja obserwacja mi podpowiada, że Ksiądz Kanonik w swym zaangażowaniu, oddaniu dla spraw Kościoła, niejednego o wiele młodszego współbrata zawstydza. Wiele osób wprost podziwia ten Boży entuzjazm w Księdzu Kanoniku. Proszę powiedzieć, z czego on wynika, co jest fundamentem takiej żywotności?

Żartobliwie rzecz ujmując, można powiedzieć, że to, iż mam żywotność, o której mówi ks. prof., to pewno cała „wina” jest po stronie Pana Boga. Taką naturą mnie obdarzył Pan Bóg. Dziękuję Mu za nią i staram się na miarę swoich możliwości podejmować wyzwania, jakie niesie codzienność, dziękować Mu i spłacać dług wdzięczności. Tu muszę stanowczo podkreślić, iż nie znoszę bezczynności. Bezczynność według mnie - to droga do nikąd. Zawsze czekam na zaproszenie któregoś z kapłanów potrzebujących pomocy. Jest to dla mnie zawsze wielka radość, że mogę komuś pomóc.

6. Jest Ksiądz Kanonik świadkiem dzisiejszej sytuacji, różnych przemian zachodzących wokół nas. Jedni sobie cenią owe zmiany nazywając je postępem cywilizacyjnym, inni dopatrują się w nich wielu zagrożeń. A jak Ksiądz Kanonik ocenia tę dzisiejszą sytuację?

Ja – niestety – zauważam wokół nas wiele zła, które ma swoje źródło głównie na zachodzie Europy. Co prawda, wielokrotnie w krótkich odcinkach czasu pracowałem m.in. w Niemczech i zauważyłem tam też wiele pozytywnych elementów, to jednak spoglądając generalnie zauważa się wiele niepokojących zjawisk, ich rozwój. Zwykle tak bywa, że najczęściej szybciej swą drogę przemierza zło. Ta, niby super nowoczesność i chęć posiadania doprowadziła do tego, że życie naszych wiernych na sprawy Boże staje się coraz bardziej obojętne. Coraz mniej mają czasu dla Pana Boga, zamykają się w sobie. Ich serca zamknięte, stają się oziębłe na Boga i człowieka. Ludzie zaczynają żyć obok siebie nie znając siebie nawzajem. Zatem możemy powiedzieć, że sytuacja dzisiejsza z jednej strony jest pozytywna, ale płynie szerokim strumieniem także fala powodzi niszczycielskiej naszego ducha.

7. Nie chciałbym stawiać Księdza Kanonika w kłopotliwej sytuacji, ale zwykle rozmawiając z osobami o wielkim doświadczeniu życiowym a z drugiej strony osobą tak trzeźwo, obiektywnie i krytycznie patrzącą i oceniającą świat, proszę powiedzieć, jak Ksiądz Kanonik wyobraża sobie najbliższą przyszłość Kościoła, Polski i Europy?

Jeśli chodzi o Kościół, mam mieszane uczucia. Wspomniałem wyżej o pewnym kryzysie Kościoła na zachodzie Europy. Jesteśmy świadkami wrogości i prześladowań Kościoła, opluwania go, dzieje się to coraz częściej w Polsce – rzekomo wolnej. Jesteśmy coraz częściej świadkami ogromnej napastliwości na Ojca Świętego, biskupów, kapłanów. To wszystko ma ogromne znaczenie w całym procesie wychowania młodego pokolenia. Te przykłady nie budują, ale ruinują pracę wychowawczą rodzin. Czasem zastawiam się, często pytam się samego siebie, czy świat się kiedyś zmieni a jeśli tak, to kiedy? Mamy coraz więcej kataklizmów, nieszczęść. Być może człowiek musi doświadczyć jakiegoś dna, by się opamiętał, by zawrócił z drogi prowadzącej do nikąd. Moje pokolenie doświadczyło wojny, która sprawiła oprócz wielu negatywnych skutków, zbliżenie się ludzi do siebie, poczucia, iż są wobec siebie braćmi, są sobie potrzebni. Uważam, że najbliższe lata nie przyniosą nam znaczących zmian. W podświadomości czuję, że Kościół w Polsce będzie nadal odgrywał pozytywną rolę, stanie się bardziej duchowym przewodnikiem dla Europy, tak jak miało to miejsce w historii. Tego bym sobie i całej Ojczyźnie życzył.

8. W kontekście poprzedniego pytania, nie mogę nie postawić bardziej konkretnego, a raczej osobistego pytania. Trzeba by wobec Księdza Kanonika zacytować słowa św. Augustyna: „Niespokojne jest serce dopóki nie spocznie w Panu”. Nie wyobrażam sobie osoby Księdza Kanonika zupełnie wyłączonej z wielu obowiązków. Jakie Ksiądz Kanonik ma plany na najbliższy lata?

Mam nadzieję, że Pan Bóg pozwoli mi, abym jak tylko będzie możliwość, dalej służył Bogu i ludziom. Mam mocne przekonanie w to, że głoszone przeze mnie Słowo Boże dociera do serc i umysłów wielu. To jest moja największa radość. A jak długo tak będzie, to zależne jest już od Pana Boga.

9. Klasycznym a może standardowym moim pytaniem w wielu wywiadach jest, aby dowiedzieć się, czego dana osoba życzyłaby współczesnemu pokoleniu. Proszę zatem powiedzieć, czego by Ksiądz Kanonik życzył dzisiejszym kapłanom, ludziom świeckim?

Kapłanom życzę szczególnie przemyślanej modlitwy, a więc wpierw ukochania modlitwy brewiarzowej, na którą zawsze powinien znaleźć czas. Po święceniach uczyłem w szkole nauki religii mając tygodniowo 58 godzin, uczyłem w sześciu szkołach położonych na terenie trzech powiatów. Pomimo tak wielu godzin katechezy i innych obowiązków duszpasterskich, zawsze na modlitwę znajdowałem czas. Bez modlitwy, życie kapłańskie jest jałowe. Zatem życzę kapłanom, aby w ich życiu zawsze była obecna modlitwa. Z kolei osobom świeckim życzę, aby byli podatni na Słowo Boże, by je przyjmowali, medytowali i realizowali w codziennym życiu. Aby dali się prowadzić swoim duchowym przewodnikom.

10. Księże Kanoniku. Nigdy nie myślałem, że spotkam w swoim życiu tak pogodnego, oddanego, przykładnego i radosnego kapłana będącego w wieku emerytalnym. Podziwiam także giętkość języka, jaki Ksiądz Kanonik posiada - co zauważyłem m.in. podczas głoszenia Słowa Bożego. Proszę przyjąć w imieniu wszystkich Czytelników naszego portalu „Pedagogika Katolicka” wszystkiego najlepszego i dalszych lat służby dla dobra Kościoła - „ad multos annos” (wielu lat życia).

Dziękuję za rozmowę